środa, 11 maja 2016

Rozdział XXV Niechciany towarzysz




                                                                   Olimpia


Przechodziłam pomiędzy straganami poszukując potrzebnych mi rzeczy. Na targu panowało wielkie zamieszanie. Co chwila przejeżdżał jakiś wóz z dostawą, a handlarze przekrzykiwali się nawzajem chwaląc swoje towary. Już od dwóch dni znajdowałam się w Syrakuzach, na wyspie Sycylii. Do tego czasu udało mi się znaleźć i wynająć mały pokoik w jakiejś brudnej dzielnicy. Teraz postanowiłam uzupełnić swoje zapasy. Podeszłam do małego straganiku na którym wisiały najróżniejsze materiały i biżuteria zrobiona z szafirów, rubinów, ametystów i chyba bogowie tylko wiedzą z jakich klejnotów jeszcze. Przy straganie stał wysoki mężczyzna. Obrzucił mnie pogardliwym spojrzeniem i mruknął coś do siebie, wyciągając do mnie swoją popękaną dłoń w naglącym geście. Starając się nie okazywać irytacji wyjęłam mieszek i wcisnęłam sprzedawcy kilka złotych monet. Na widok pieniędzy jego bystre, chytre oczy zabłysły i powiedział od niechcenia:
- Wybieraj
Przeszłam się pomiędzy wystawionymi towarami i podniosłam nowy, jedwabny płaszcz (mój stary został doszczętnie zniszczony przez sztorm) i skórzane sandały. Tą samą operacje powtórzyłam kilkakrotnie zbierając prowiant. Jednocześnie starałam się mieć na oku pewnego człowieka, który wydał mi się podejrzany na statku. Okazało się, że może mieć on powiązanie z osobą, której szukam… Cały czas go obserwowałam. Rozmawiał z jakimś innym mężczyzną niskiego wzrostu. Stałam jakieś dziesięć metrów od rozmawiających i docierały do mnie tylko urywki rozmowy. Rozmawiali szeptem ale i tak usłyszałam jak ten drugi mówił:
- W takim razie poślę do ciebie jednego z moich ludzi… - Hałas na targu chwilowo uniemożliwił mi podsłuchanie dalszej części rozmowy, ale i tak usłyszałam jak po chwili ten pierwszy odpowiada:
- ...lepiej kilka godzin po zmroku, tak aby nikogo nie było na ulicy…. Przy skrzyżowaniu tych ulic? Mężczyzna wskazał miejsce palcem. Kiedy znowu nie mogłam nic usłyszeć postanowiłam podejść bliżej rozmawiających, ale musiałam to zrobić dyskretnie. Podeszłam do wystawy bardzo drogich, zagranicznych dywanów udając, że przyglądam się im z zainteresowaniem. Po chwili podeszła do mnie młoda dziewczyna i spytała:
- Ma pani coś na oku?
Potrzebowałam chwili, żeby uzmysłowić sobie, że pyta o wybór dywanu. Chcąc dać jej do zrozumienia, żeby mi nie przeszkadzała odparłam:
- Na razie nie, ale poradzę sobie.
Oczy młodej dziewczyny przygasły, ale uśmiech nie zniknął z jej dziecięcej, rumianej twarzy. Niezniechęcona powiedziała:
- Poleciłabym pani ten tutaj – wskazała na lniany dywan znajdujący się po jej prawej stronie – Jest ręcznie utkany z najlepszej jakości tkaniny…
Kątem oka zobaczyłam, że interesujący mnie mężczyźni zaczęli się oddalać więc chciałam jak najszybciej skończyć te bezsensowną rozmowę. Jednak dziewczyna nadal rozwodziła się nad dywanami, którymi dysponowała. Jej dziecięca, naiwna postawa kogoś mi przypominała ale nie miałam na to teraz czasu. Dałam dziewczynie złotą monetę i nie czekając na jej reakcję wmieszałam się w tłum. Zdążyłam jednak zauważyć jak rozszerzają jej się źrenice ze zdziwienia a na twarz wpełza jeszcze szerszy uśmiech. Szybkim krokiem podążyłam za dwoma mężczyznami, którzy właśnie się oddalali. Starałam się nie iść w za nimi w linii prostej, lecz raczej wyglądać na przeciętnego przechodnia. Widząc, że skręcają w jakąś boczną uliczkę chciałam przyśpieszyć, co okazało się wręcz niemożliwe przez gęsty tłum ludzi. Gdy udało mi się przecisnąć przez najbardziej zaludniony odcinek placu moje szanse postanowił zmniejszyć wielki wóz załadowany tak, że aż trzeszczał ciągnięty przez równie objuczonego osła. Zwierzę ciągle musiało opędzać się od natarczywych much atakujących go co jakiś czas. Wyglądało to tak, jakby osioł specjalnie wlókł się najwolniej jak potrafił, jego kopyta stukały monotonnie wzbijając w powietrze tumany kurzu gdy szedł po żwirze a chrapy unosiły się raz po raz gdy zwierze nabierało powietrza. Nie zdziwiłabym się, gdyby nagle się zatrzymał aby skonsumować znalezione po drodze źdźbła trawy. Nie dając się ogarniającej mnie frustracji poczekałam aż będę mogła przejść. Wybiegłam za róg ulicy aby (zgodnie z moimi przewidywaniami) przekonać się, że mężczyźni już dawno się oddalili i nie mam pojęcia gdzie ich szukać. Jednak ten fakt nie zrobił na mnie większego wrażania ponieważ zdobyłam już wszystkie potrzebne mi informacje. Spojrzałam na wiszącą nisko nad horyzontem krwistoczerwoną kule słońca, oceniając, że została jakaś godzina do zmierzchu. Postanowiłam wrócić do wynajmowanego przeze mnie pokoju i tam poczekać do tego czasu. Ruszyłam wąską wybrukowaną uliczką. Ludzie powoli zaczęli schodzić się do domów więc tłok panujący na ulicach gwałtownie się zmniejszył. Gospodynie zaczęły ściągać na noc zawieszone pomiędzy kamiennymi budynkami pranie, a kupcy zwijać swoje stragany. Skręciłam w jakąś niezadbaną i brudną dzielnice, a potem stanęłam przed odrapanymi drzwiami. Pchnęłam je bez większego przekonania, zatrzeszczały na zardzewiałych zawiasach i ciężko otworzyły się do środka. W małym pomieszczeniu panował półmrok ale i tak dało się zobaczyć jego skromny wystrój. W rogu stało małe, niezbyt wygodne łóżko i mała szafka. Podeszłam do niej i wyciągnęłam z niej szczotkę (moje włosy były już dość poplątane) i świecę, którą zaraz zapaliłam. Stanęłam przed małym lustrem wiszącym na jednej z ścian i rozpuściłam włosy, które opadły miękko kaskadami na moje odsłonięte ramiona. Zaczęłam je rozczesywać, patrząc jak lśnią w migotliwym świetle świecy jakby były jedwabnymi nitkami. Następnie upięłam je w wysoki kok oglądając w gładkiej tafli lustra efekty mojej pracy. Fryzura była praktyczna, bo upięte włosy nie będą przeszkadzały. Na dworze zapadł zmrok, więc postanowiłam przygotować się do wyjścia. Narzuciłam na siebie nowo kupiony paszcz i po cichu wymknęłam się z domu, starając się nie trzasnąć starymi drzwiami Gdy wyszłam na ulice ogarnął nie chłód rześkiego, nocnego powietrza. Noc była zaskakująco cicha, tylko gdzieś w oddali dało się słyszeć donośne wycie jakiegoś nocnego zwierzęcia. Byłam przyzwyczajona do nocnych dźwięków dobiegających z lasu więc nie przejęłam się tym zbytnio. Starając się poruszać się bezszelestnie pobiegłam wzdłuż ciemną uliczką i parę razy skręciłam, aż wreszcie dotarłam do miejsca na skrzyżowaniu kilku ulic. Schowałam się za filarem jakiegoś budynku. Pozostało mi tylko czekać. Noc była ciemna, wąski, przypominający rogalik księżyc z trudem przebijał się przez skłębione chmury. W żadnym oknie nie paliło się światło, całe miasto pozostawało w uśpieniu. Ciemne budynki wyglądały na opuszczone i robiły dość upiorne wrażenie. O tej porze grzeczne dzieci już dawno leżały w łóżkach bojąc się spotkania z jedną z nocnych istot. Przenikliwie zimny wiatr przelatywał pomiędzy ulicami zawodząc głucho. Niebo było pokryte grubą warstwą chmur, przez co nie była widoczna ani jedna gwiazda. Czekałam bez najmniejszego ruchu pozostając cały czas czujna. Zgodnie z moimi oczekiwaniami na ulicy pojawiła się ciemna postać, w której dało się rozpoznać mężczyznę. Zmrużyłam oczy oceniając sytuację. Mężczyzna ruszył ciemną ulicą. Cały czas pozostając w cieniu przemykałam się bezszelestnie wśród budynków i ulic. Działałam instynktownie, a mój umysł automatycznie przestawił się na tryb łowcy. Mężczyzna co jakiś czas obracał się ale nie zdołał mnie dostrzec. Usatysfakcjonowana pomyślnym obrotem sprawy podążałam za swoją ofiarą. Przebiegłam przez ciemną uliczkę mając zamiar przywrzeć do obrośniętej bluszczem ściany pobliskiego budynku. Nagle poczułam szarpnięcie i zostałam wciągnięta do ciemnego zaułka. Błyskawicznym ruchem wyjęłam swój sztylet i spróbowałam wbić go napastnikowi w brzuch. Jednak zanim zdążyłam zaatakować on wykręcił mi ręce pod bolesnym kątem. Nim zorientowałam się co się dzieje czyjeś silne ramię zacisnęło się jak żelazna obręcz wokół mojej talii. Po chwili poczułam chłód własnego ostrza na gardle. Zesztywniałam, starając się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Pod nożem czułam pulsowanie swojej żyły. Przeklinałam w duchu swoją nieostrożność. Jak to możliwe, że mnie zaskoczył? Upokorzona tą chwilą słabości podniosłam stalowe spojrzenie na twarz mojego oprawcy. Mężczyzna miał zmierzwione, brązowe włosy i pełne zaciętej determinacji oczy z połyskującymi refleksami, które były tak ciemne, że przypominały bezchmurne nocne niebo z milionami iskrzących się gwiazd. Jego rysy twarzy były ostre, a jedna z wyraźnie zaznaczonych brwi unosiła się lekko, w nieufnym geście. Cała sylwetka z mocno zarysowanymi mięśniami była opalona. Choć nie dałam tego po sobie poznać byłam zaskoczona, gdy go rozpoznałam. Ostatnim razem widziałam go chyba dziesięć lat temu, myślałam, że już dawno nie żyje. Wtedy był najlepszym szpiegiem o jakim słyszałam. Wyjechał kiedyś na misje i nigdy nie wrócił… to znaczy do teraz. Szybko przeszukałam swoją pamięć, aby przypomnieć sobie jak miał na imię.
- Ischyrion – Powiedziałam szeptem, starając się brzmieć groźnie (przynajmniej na tyle, na ile można brzmieć groźnie mają nóż przytknięty do gardła). Zmierzył mnie wzrokiem swoich ciemnych oczu i powiedział również szeptem, tonem niezdradzającym uczuć:
- Miałem za zadanie cię odnaleźć – po czym dodał z ledwie wyczuwalną dezaprobatą – Co nie było takie trudne… Działasz bardzo niedyskretnie – zakończył odsuwając sztylet od mojego gardła i podając mi go. Na nowo przyjęłam maskę chłodu i powiedziałam starając się ukryć irytacje:
- Nie wiem po co mnie szukałeś – powiedziałam oschle - ale jak już pewnie zauważyłeś przez ciebie straciłam z oczu człowieka, który mógł być przełomowym odkryciem w mojej SAMOTNEJ misji… - wyraźnie zaakcentowałam to słowo, ale on mi przerwał równie matowym tonem:
- Pomyślałem, że może chciałabyś dysponować informacją, że to twoje „przełomowe odkrycie” jest pułapką.
Zaschło mi w gardle. Pułapka. Dlaczego o tym wcześniej nie pomyślałam? Mogłam się domyślić, że to wszystko poszło zbyt łatwo. Nie dając po sobie niczego poznać przeniosłam swój twardy wzrok z powrotem na Ischyriona. On najwidoczniej nie czekając na moją reakcję powiedział:
- Jeszcze chwila i zapewne dałabyś się złapać. Ci ludzie śledzili cię od jakiegoś czasu. Naprawdę myślałaś, że człowiek którego szukasz nie ma żadnych szpiegów?
Starając się nie dać wyprowadzić się z równowagi odparłam mierząc go lodowatym spojrzeniem:
- Nie masz pojęcia co zamierzałam, nie znasz mojego planu.
Przyglądając mi się pełnym opanowania spojrzeniem odpowiedział:
- Oczywiście. Wszystko było częścią twojego bardzo rozbudowanego planu…
Udało mi się odczytać w jego słowach nutę ironii. Chyba się nie polubimy – stwierdziłam ironicznie w myślach na głos powiedziałam:
- Po co mnie szukałeś?
- Już ci mówiłem. Powiedzmy, że sprawy trochę się... skomplikowały.
 
Skomplikowały? - pomyślałam – Nawet nie wiem czy ten człowiek ciągle jest w organizacji, pojawia się nie wiadomo skąd i twierdzi, że mnie szukał. Może działać na czyjeś zlecenie… może sabotuje moją misje? Równie dobrze stowarzyszenie mogło zacząć mieć jakieś wątpliwości co do mnie… W każdym razie muszę go obserwować.
- Co zamierzasz? - zapytałam lodowato.
- Dysponuje informacją, że człowiek, którego szukasz zmienił miejsce pobytu. Miałem cię odnaleźć i doprowadzić do jego schwytania.
- Kto kazał ci to zrobić? - zapytałam nieufnie.
Ischyrion uśmiechnął się pobłażliwie i odpowiedział:
- Kto jak kto, ale ty akurat powinnaś wiedzieć…
Nie dając zbić się z tropu pytałam dalej:
- Niby dlaczego miałabym przyjąć twoją pomoc?
Jego usta wykrzywił pogardliwy grymas lecz odpowiedział opanowanym tonem:
- Czy ktoś tu mówił o pomocy? Mam schwytać człowieka, zresztą… zważywszy na to, że jesteś ko…
Widząc moją minę postanowił przemilczeć tą uwagę. NIENAWIDZIŁAM kiedy ktoś uważał mnie za gorszą, tylko dlatego, że jestem kobietą. Od dziecka słyszałam, że kobiety są słabe, że mają zajmować się domem. Nie chciałam być tylko narzędziem do rodzenia potomków jakiś zadufanych w sobie mężczyzn. Swoją drogą mało który z nich mógł się poszczycić sprawnością podobną do mojej.
- Powiedzmy, że mam trochę większe możliwości… - kontynuował Ischyrion, brnąc coraz dalej.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz – odparłam przez zaciśnięte zęby.
- Eh, nieważne –starał się wycofać – Może chodźmy do mnie, omówimy plan.
Ischyrion ruszył przed siebie, ale ja nie miałam zamiaru za nim iść. Po chwili obejrzał się za siebie i spojrzał na mnie wyczekująco.
- Myślisz, że dam się poprowadzić w zupełnie obce mi miejsce i….
- Po prostu chodź – przerwał mi Ischyrion.
I nie odwracając się więcej za siebie ruszył do przodu. Targały mną sprzeczne uczucia. Byłam zła, że traktował mnie jak dziecko, z drugiej strony może dysponować przydatnymi informacjami… Zanim zdążył zniknąć za rogiem podjęłam decyzje i ruszyłam za nim. Szłam zachowując dystans, starając się nie dawać mu satysfakcji z tego, że go posłuchałam. Jednak Ischyrion zdawał się w ogóle nie zwracać na mnie uwagi. Skręcał raz po raz w jakąś ciemną, nieznaną mi uliczkę. Starałam się uważnie obserwować otoczenie lecz nie zauważyłam nc podejrzanego. Po jakimś czasie dotarliśmy do niewielkiego budynku do którego wszedł mój jakże wspaniały przewodnik. Wnętrze było urządzone dość skromnie, a większość miejsca zajmował stół. Ischyrion rozłożył na nim wielką mapę i wskazał coś na niej palcem.
- Jesteśmy w tym miejscu – ogłosił, jakby to nie było oczywiste.
- Zdążyłam się już zorientować – odparłam kąśliwie.
Przesunął palcem po mapie, ignorując mój złośliwy komentarz:
- Musimy przedostać się na drugi koniec wyspy, o tutaj, do miasta zwanego Selinut. Zorganizuje transport, potem…
- A co ja będę robić?
Ischyrion przez chwilę się nad tym zastanawiał, po czym odparł:
- Nie będziesz przeszkadzać.
Coś się we mnie zagotowało. On dalej coś mówił, ale go nie słuchałam. Wysyczałam tylko jadowicie:
- Oczywiście…
Do czasu... – dodałam w myślach. 
______________________________________________________________________________________---
Baaaaardzo przepraszamy za tak długą przerwę w wstawianiu rozdziałów... Nie przedłużając zachęcamy do czytania
Zomiju   


wtorek, 3 maja 2016

LBA ciąg dalszy XD

 Zostałyśmy nominowane przez dwie blogerki prowadzące wspólnie bloga (czas-herosow.blogspot.comn) i każda zrobiła swoją serie pytań, to druga część :):

1. Jesteś Introwertykiem czy Ekstrawertykiem?
Zof: Trochę tym, trochę tym ale chyba bardziej ekstrawertykiem.
Mim:Bardziej introwertykiem, ale z ekstrawertyka też coś w sobie mam

2. Jak byś zobaczyła kogoś, kto chce skoczyć z mostu (osobę kompletnie ci nieznaną) podbiegłabyś i ją pociągnęła żeby nic sobie nie zrobiła, czy nie zwracałabyś na nią uwagi?
Zof: Chyba próbowałabym ją/jego zatrzymać.
Mim: Szczerze to bym patrzyła przerażona i bała się podejść

3. Masz psa? Jeśli tak, to w skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo go kochasz?
Zof: Mam suczkę. Jest ona już stara (dziewięć lat). 10/10 ;-D
Mim: Mam psa i kota i kocham ich 10000/10

4. Lubisz czytać?
Zof: Baaaaarrdzo!!! Książki to moje życie XD
Mim: Kocham ♡♡♡

5. Oklepane pytanie, ale jaki jest twój ulubiony kolor?
Zof: Fioletowy i niebieski.
Mim:Czerwony, zielony

6. Twój ulubiony smak lodów (czyli czekoladowy, truskawkowy itp...) albo rodzaj (np. sorbety, owocowe…)?
Zof: Sorbety są super!!!! Moje ulubione to pomarańczowe. Ogólnie kocham truskawki i pomarańcze <3
Mim: Kocham sorbety owocowe i wszystkie ale najbardziej cytrynowy

7. Gdybyś mogła mieszkać w dowolnym miejscu na ziemi, to gdzie by to było?
Zof: Grecja, Grecja i jeszcze raz Grecja!!!!!
Mim:Gdzieś pod greckim lasem

8. Jaki masz kolor oczu, a jaki byś chciała mieć?
Zof: Mam zielone oczy, ale zawsze podobały mi się ciemne. Może brązowe? ;-D
Mim: Mam szaro-niebieskie a chciałabym mieć szmaragdowe

9. Czytasz wszystkie zadane do szkoły lektury czy raczej streszczenia, albo oglądasz filmy?
Zof: Zawsze czytałam całe książki albo wcale ich nie czytałam XD
Mim: Nie wiem dlaczego ale przez samo to że lektura jest lekturą jestem zniechęcona do niej i chyba tylko 2 lub lektury w życiu przeczytałam XD

10. Co jest twoim zdaniem bardziej przerażające, pająki czy ćmy?
Zof: Moja fobia - PAJĄKI!!!
Mim:PAJĄki zdecydowanie! BLEEEE!!!


11. Gdybyś mogła, skoczyła byś na bungee albo ze spadochronem?
Zof: Pewnie baaaaardzo bym się bała bo choć nie mam lęku wysokości to nienawidzę uczucia spadania, ale skoczyłabym, żeby potem nie żałować XD
Mim: Bałabym się jak nie wiem ale to zawsze było moje marzenie

A oto nasza seria pytań:

1. Gdybyś mogła mieć jakieś fantastyczne/mityczne zwierze (np. smoka) to jakie byś wybrała?

2. Którą z postaci z książek Ricka Riordana chciałabyś być najbardziej?

3. Kim chciałabyś zostać w przyszłości?

4. Kiedy czytasz książkę to czy starasz się upodobnić w zachowaniu do głównego bohatera?

5. Masz jakieś hobby? Gdybyś miała do wyboru wszystkie możliwe pasje co chciałabyś robić?

6. Gdybyś mogła w sobie coś zmienić, co by to było?

7. Czego się boisz najbardziej? (np. ciemności, pająków...)

8. Którą z nadprzyrodzonych mocy byś wybrała? Stawanie się niewidzialnym, teleportowanie się, latanie, cofanie w czasie?

9. Jakim zwierzęciem określiłabyś siebie?

10. W świecie której z książek chciałabyś być?

11. Jaki styl książek najbardziej lubisz? Częściej czytasz książki pisane przez kobiety, czy przez mężczyzn?

12. Bardziej lubisz koty czy psy?











I lista blogów, które nominujemy:

 http://izagada.blogspot.com/


czwartek, 28 kwietnia 2016

Libster Blog Award!

Zostałyśmy nominowane do LBA(podwójnie ;-D)!!!

Dziękujemy za nominacje i wszystkie wyświetlenia :-D

Dostałyśmy takie pytania:

1. Lubisz bajki Disneya? Jeśli tak, to podaj ulubioną.
Zof: Tak!!! Moja ulubiona to Król Lew.
Mim: Uwielbiam!!! Obejrzałabym każdą po 124955788 razy :DDDD Ale moja ulubiona to chyba mała syrenka i Mulan *,*

2. Jak zaczęłaś swoją przygodę z blogowaniem.
Zof: To pierwszy blog, którego piszę. Po prostu chciałam napisać jakieś opowiadanie i podzielić się nim z innymi :-)
Mim: Ojejjjj. Pierwszy raz wpadła na ten pomysł moja siostra chciała pisać opowiadania i wgl miałam wtedy z 10 lat i tez bardzo chciałam mieć bloga. Po paru nie udanych blogo-pamiętnikach wpadłam na jakiś konkretniejszy pomysł z opowiadaniem i zaczęłam pisać fanfiction o herosach. Coś nie wyszło nie chciało mi się pisać rozdziałów i go porzuciłam. Ale pewnego dnia napadłam moją przyjaciółkę  i zmusiłam do założenia bloga :_DDDDD tego właśnie co czytacie:)

3. Gofry czy sernik?
Zof: Zdecydowanie sernik. Mogłabym go jeść codziennie!!!
Mim: Popieram WYPOWIEDŹ WYŻEJ


4. Kim jesteś, optymistą, pesymistą czy realistą?
Zof: Wszyscy mi mówią, że realistką albo wręcz pesymistką ale osobiście uważam, że podchodzę do każdego pomysłu rozważając możliwe opcje XD
 Mim: Moim zdaniem jestem realistką ale niektórzy uważają że jestem porąbanolistką

5. Podaj swoje ulubione książkowe postacie (z książek Ricka Riordana. Chyba, że ktoś nie czytał, to z obojętnie jakiej).
Zof: Z olimpijskich herosów bardzo polubiłam kilka postaci, a to tylko niektóre z nich: Oczywiście Percy, Annabeth, Reyna i Leo.
Mim: Ja zakochałam się w Leonie Valdezie <3 <3 <3

6. Co dałabyś tym postaciom w prezencie?
Zof: To co by chcieli XD
Mim: Jakiś młotek? XD

7. Ulubione zwierzę.
Zof: Panda
Mim: "Wśród klusek żywot wiódł.."XD  Zdecydowanie koty

8. Czy lubisz muminki?? (licz się ze słowami, bo dowiem się gdzie mieszkasz!!xD)
Zof: Raczej nie przepadam. Buka mnie przeraża...
Mim: Mama mówi że jestem jak mała Mi XD Nie lubię jej

9. Jakie dźwięki cię uspakajają?
Zof: Jestem nadpobudliwa i nic nie zdoła mnie uspokoić
Mim: Mruczenie mojego kcurrrrrrka... ;)

10. Co kojarzy ci się z dzieciństwem? \
Zof: Loooooooody.... XD
Mim: Pieluchy XDDD

11. Książki czy filmy? I pytanie bonusowe dla wszystkich demigoods!!
 Zof: Oczywiście, że książki. Choć fajne filmy też się zdarzają
Mim: Kocham i książki i filmy

12. Jesteś herosem greckim czy rzymskim? Dzieckiem którego boga?
Mim i Zof: Rzym nie wchodzi w grę... Mim Hekate  Zof: Apollo

Cdn...

sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział XXIV Ucieczka

                                                                           Lynette
Siedziałam w kącie z podwiniętymi pod brodę nogami i rozmyślałam, wpatrując się w jedyne znajdujące się w celi małe, zakratowane okno. Przejechałam wierzchem dłoni po betonowej podłodze, natrafiając na drobne ziarna piasku. Westchnęłam. Po czasie spędzonym w tym małym, zatęchłym pomieszczeniu powoli zaczęło mnie ogarniać uczucie klaustrofobii i aby mu się nie poddać próbowałam zająć czymś swoje myśli. Pamiętałam całe swoje dzieciństwo! Wprawdzie tylko do sześciu lat, ale to jednak postęp. Pamiętałam moje zabawy z tatą, dźwięczny śmiech mojej mamy... To były chwile tak radosne i beztroskie, że nie mogłam uwierzyć, że były częścią mojego życia. Nareszcie wiedziałam, że znajduję we właściwym miejscu, że zawsze tu mieszkałam. Jednak potem w mojej głowie ziała ogromna, czarna dziura. Nie wiedziałam co stało się z moimi rodzicami, ani jak znalazłam się w świątyni Artemidy. Jednak podejrzewałam, że to efekt jakiejś amnezji, czy czegoś w tym rodzaju. Pocieszałam się w duchu, że skoro przypomniałam sobie swoje dzieciństwo, to może z czasem reszta też mi się przypomni. Miałam też podejrzenia, co do Ethana. Może wykorzystał to, że nic nie pamiętałam? Może tak naprawdę go nie znałam, może jest kimś zupełnie mi obcym? - pomyślałam ze smutkiem. Ta myśl wprowadziła mnie w zły nastrój, zapewne dlatego, że nie chciałam jej do siebie dopuścić. Wciąż pamiętałam, jak na mnie patrzył, z jaką czułością do mnie przemawiał... Wydawało mi się, że to nie mogło być kłamstwo. Pamiętałam, jak serce zaczynało mi szybciej bić, gdy tylko myślałam o spotkaniu z nim. Czułam się podle, myśląc, że mogłam być tak naiwna aby mu uwierzyć...    Postanowiłam odrzucić na bok podobne myśli i znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Wstałam i obeszłam cele dookoła, szukając jakiejś szczeliny w ścianach czy czegoś w tym rodzaju. Jednak zimne ściany były idealnie gładkie. Czemu pozbyłam się mojej jedynej broni?!... - zapytałam się w duchu sarkastycznie, myśląc o gałęzi, którą połamała mi ta dziwna widmo-dziewczyna. Sfrustrowana oparłam się o jedną ze ścian gorączkowo starając się coś wymyślić. Nagle usłyszałam głuchy zgrzyt i ściana naprzeciwko mnie wysunęła się do przodu. Instynktownie odskoczyłam w róg celi, w napięciu czekając na to, co się stanie. Do celi wszedł przerażający potwór. Miał parę długich i ostrych jak brzytwa rogów  na głowie, a gęste futro porastało całą jego przysadzistą sylwetkę. Miał na sobie metalową kolczugę złożoną z małych obręczy, która brzęczała przy każdym jego kroku, a jego pysk przypominał połączenie wygłodniałego wilka z lwem. Rzucając mi  wściekłe spojrzenie swoich kocich, żółtych oczu (których źrenice były tak zwężone jak główka szpilki)  podszedł do mnie i zachrypniętym, gardłowym głosem oznajmił:
- Minos chce się z tobą widzieć.
Jego głos przypominał raczej brzdęk uderzanego o kamień metalu niż ludzki głos. Stwierdziłam, że skoro ten cały Minos chce ze mną rozmawiać, to potwór nie może mnie zabić. Postanowiłam stawiać opór. Przezwyciężając ogarniający mnie strach odparłam, starając się ukryć drżenie głosu:
-Nic mnie to nie obchodzi! Domagam się natychmiastowego wypuszczenia mnie stąd!
 Przez jedną straszliwą chwilę przestraszyłam się, że się przeliczyłam. Potwór nie odpowiedział, tylko syknął i skoczył. Zanim zorientowałam się co się dzieje złapał mnie swoimi wielkimi łapskami uzbrojonymi w ostre szpony za nadgarstki i szorstkim gestem wypchnął z celi. Chciałam uciekać, krzyczeć, cokolwiek, jednak trzymał mnie mocno. Popchnął mnie do przodu prowadząc wilgotnym korytarzem. Kilka razy próbowałam się wyrywać, jednak on pozostawał niewzruszony i brutalnie dławił mój opór raz po raz warcząc i odsłaniając kły. W końcu poddałam się i zaczęłam posłusznie wchodzić po starych, kamiennych schodach. Co kilka metrów na ścianach płonęły  pochodnie, ale i tak dało się zobaczyć tylko kilka stopni przed sobą, reszta pozostawała w mroku. Zastanawiałam się czego chce ode mnie Minos. Czy powinnam odpowiadać na jego pytania? Moje dzieciństwo to jedynie mała cząstka, którą powinnam pamiętać. Ale co jeśli ta cząstka mu nie wystarczy? Jeśli nie znajdzie odpowiedzi na swoje pytania? Uzna, że nie jestem mu potrzebna... Jednak nie sądzę, żeby mnie wypuścił, może to jedynie pogorszyć moją sytuacje (chociaż nie wiem, czy może być gorsza). Będę blefować - postanowiłam. Doszliśmy do końca schodów. Potwór prowadził mnie ciemnym korytarzem do wielkich, żelaznych drzwi, które otworzyły się z trzaskiem, kiedy się przed nimi zatrzymaliśmy. Wepchnął mnie do komnaty i drzwi się zamknęły. Komnata była duża, ale słabo oświetlona przez wysokie, spiczaste okna sączyło się szare światło, jak gdyby bało się przegonić półmrok panujący w pomieszczeniu. Na środku komnaty stał wysoki, blady mężczyzna, który najwidoczniej był tym całym „ Minosem”.  Nie wyglądał szczególnie groźnie ale było w nim coś takiego co rekompensowało mu to z nawiązką a mianowicie poczucie zagrożenia, którym emanowała cała jego postać. W jego obecności każdy czuł się jak bezbronna ofiara, która stanęła oko w oko z drapieżnikiem. Było w nim coś takiego, że wszystkie moje zmysły kazały mi trzymać się od niego z daleka. On nie jest zwykłym człowiekiem – podpowiadał mi cichy głos w mojej głowie. On w ogóle nie jest człowiekiem – ta myśl przyszła nagle, lecz napełniła mnie niepokojem – Więc z kim lub CZYM mam do czynienia? Rozglądając się dookoła obaczyłam jeszcze jedną postać stojącą przy ścianie, prawie całkiem skrytą w mroku. Skarciłam się za to w duchu ale moje serce i tak zaczęło bić szybciej na jego widok. Szybko odwróciłam wzrok próbując ukryć łzy napływające mi do oczu. Nie mogłam znieść widoku Ethana. Starając się skupić uwagę na czymś innym znowu spojrzałam się w stronę Minosa. Wpatrywał się we mnie swoimi zimnymi oczami. Ten wzrok coś mi przypominał, ale nie mogłam odgadnąć co. Niepewnie przestąpiłam z nogi na nogę czekając na pierwsze słowa mężczyzny, który uśmiechną się lodowato, po czym rzekł:
- Minęło tyle czasu i w końcu się spotykamy.
Gdy się odezwał prawie podskoczyłam, miał głęboki, niski głos. Wydawało się, że każde jego słowo jest wcześniej przemyślane. Sprawiało to, że czułam się nie na miejscu mając mu odpowiedzieć. Zresztą nie miałam żadnego pomysłu, jednak Minos  mówił dalej:
- Myślałaś, że gdy uciekniesz to nie zdołam cię odnaleźć? - zapytał szyderczo – Owszem, mógłbym mieć pewne problemy ze złapaniem cię, jednak sama mnie wyręczyłaś.
Gorączkowo starałam się przypomnieć sobie wydarzenia ostatnich dni, ale moja pamięć nie chciała współpracować. Minos, widocznie nie zrażony moim milczeniem kontynuował:
- Nie znalazłaś żadnych sprzymierzeńców, nie starałaś się zachować swojej obecności w tajemnicy… Sam się dziwię, że to było aż takie proste! Ale… - przyjrzał mi się przenikliwie, tak, że bałam się iż przewierci mnie na wylot, po czym dodał:
- Ale umknęła mi jedna ważna rzecz. Gdzie TO masz?
Widać było, że mówi na poważnie i choć nie słychać było w jego głosie groźby to jego spojrzenie mówiło „Powiedz albo zginiesz w męczarniach”(i miałam pewność, że jest gotów dotrzymać tej obietnicy). Jednak starając się aby mój głos brzmiał pewnie zebrałam się na odwagę i zaczęłam wcielać mój plan w życie:
- Nawet nie wiesz kto może być po mojej stronie i czy moje działanie nie było od początku zaplanowane. A co do TEGO… - Gorączkowo zastanawiałam się czym ów COŚ mogłoby być - … to nie myśl sobie, że tak po prostu ci powiem!
Usłyszałam za sobą ironiczne parsknięcie, ale nie odwróciłam się, żeby obdarzyć Ethana choćby jednym spojrzeniem. W tym momencie miałam ochotę go udusić. Minos spojrzał na mnie z pogardą, lecz przez chwilę zobaczyłam w jego oczach niebezpieczny błysk. Jednak szybko odzyskał nad sobą panowanie i odparł:
- Jeszcze zobaczymy.
Następnie do sali wszedł ten sam potwór, który mnie tu przyprowadził (nie zdziwiłabym się gdyby cały ten czas czekał pod drzwiami) i wypchnął mnie z komnaty. Szliśmy krętymi korytarzami, mijając wiele drzwi i schodów, tak, że kompletnie straciłam orientacje. Zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam w ogóle odzywając się do Minosa, jednak teraz nie mogłam już cofnąć czasu. Mogłam tylko czekać na to, co i tak ma się zdarzyć. Niespodziewanie usłyszałam za sobą kroki, a następnie tak dobrze znany mi głos:
- Zaczekaj.
Potwór wydał z siebie gardłowy pomruk i niechętnie się zatrzymał. Stanęłam twarzą w twarz z Ethanem. Widząc wyraz zadowolenia na jego twarzy poczułam taką wściekłość, że musiałam się powstrzymać, żeby go nie uderzyć, jednocześnie ścierając mu z twarzy ten szyderczy uśmiech. Spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek, jakby oceniając do czego jestem zdolna, po czy rzekł:
- Nie kłam. Wiem, że nic nie pamiętasz.
Nie zastanawiając się za bardzo co mówię wyrzuciłam z siebie na jednym wdechu:
- Ja nic nie pamiętam? A może to ciebie okłamywałam przez cały czas? Nie pomyślałeś o tym choć przez chwilę?!
Uśmiechnął się ironicznie i powiedział:
- Jak tam chcesz. Jednak naprawdę mogłabyś sobie odpuścić.
Po tych słowach obrócił się na pięcie i odszedł. Byłam zła, ale równocześnie rozdarta. Czemu musiało mnie to wszystko spotkać? Czy mnie mogę być przeciętną dziewczyną, prowadzącą normalne życie? Czy nie mogę mieć normalnych przyjaciół? I czemu wydaje mi się, że wszystkie potwory na tym świecie się na mnie uwzięły?! Mój małomówny strażnik otworzył przede mną niezbyt  imponujące drzwi i wprowadził mnie do środka. Pokój, w którym się znalazłam był mały, ale dość jasno oświetlony. W rogu znajdowała się mała prycza, co stanowiło dość miłe urozmaicenie po tak długim czasie spędzonym w ciemnej i wilgotnej celi. W pokoju nie było okien, lecz pod sufitem unosiły się dwie, małe kule, które jarzyły się bladym światłem. Muszą być tam utrzymywane za pomocą magii – pomyślałam. Potwór wyszedł zostawiając mnie samą z moimi myślami. Po krótkiej chwili usłyszałam charakterystyczny szczęk zamka, co oznaczało, że zostałam tu zamknięta. Zrezygnowana zaczęłam chodzić w tę i z powrotem, oglądając małe pęknięcia i szczeliny znajdujące się na pożółkłych ścianach. Ciekawe jak długo chcą mnie tu trzymać? - zapytałam się w myślach – Czy zamierzają mnie głodzić? Starałam się znaleźć jakiś przedmiot, na którym mogłabym skupić wzrok. Jednak pokój był wręcz dobijająco pusty. Opadłam na moje prowizoryczne łóżko, wpatrując się w sufit. O co chodziło temu Minosowi? Co takiego mogłam mu ukraść? Postanowiłam poukładać to sobie wszystko w głowie. Dlaczego obudziłam się w świątyni Artemidy? W sumie można to prosto wytłumaczyć – zabłądziłam, a następnie uderzyłam się w głowę i straciłam pamięć. Gdy w końcu udało mi się odnaleźć cywilizację pojawiła się Olimpia… Nieświadomie uśmiechnęłam się do wspomnienia naszego pierwszego spotkania. Swoją drogą zastanawiało mnie co teraz się z nią dzieję. Było mi wstyd, jak się zachowałam widząc po raz ostatni, nie wiedziałam co się ze mną dzieje (Artemida na pewno maczała w tym palce). Ale wszystko po kolei. Zamieszkałam z Olimpią i poznałam pewnego humorzastego feniksa. Trochę zdziwiła mnie reakcja Olimpii, gdy wspomniałam jej o świątyni (wydawało się, że nie wie o czym mówię). Poznałam też kilka innych postaci… Nagle ogarnął mnie smutek. Nie chciałam myśleć o Ethanie, więc szybko pozbyłam się tego wspomnienia. Pamiętałam, co Artemida mówiła o Olimpii… Nie chciałam jej wierzyć, ale co jeśli miała rację? Potem… Moje wspomnienia nagle zasnuła mgła. Nie mogłam się skoncentrować. Patrzyłam na kule unoszące się pod sufitem. Ich blask wydał mi się nagle denerwujący, ale też hipnotyzujący. Nie mogłam oderwać od nich wzroku, z mojej głowy wyparowały wszystkie myśli. Wstałam, próbując pozbyć się uczucia ogarniającego mnie otępienia i ruszyłam w stronę drzwi. Jednak zatrzymałam się w pół kroku zapominając kompletnie co zamierzałam zrobić. Zirytowana stałam przez chwilę pod drzwiami wsłuchując się w własny oddech. Mój instynkt chciał mi coś powiedzieć, przed czymś mnie ostrzec. Jednak cichy głos w mojej głowie podpowiadał, że nie ma zagrożenia, że mogę wrócić na pryczę i spróbować zasnąć. Każdy mój zmysł był przytępiony, nogi się pode mną uginały. Z trudem walczyłam z ciążącymi mi powiekami. Nagle poczułam słabe, ale uporczywe pulsowanie w głowie. Zamknęłam oczy i spróbowałam skoncentrować się na tym dziwnym uczuciu. Przez chwilę wydawało mi się, że jakaś obca obecność musnęła moją świadomość, lecz zaraz otworzyłam oczy, ponieważ znowu zakręciło mi  się w głowie. Jednak to dziwne doświadczenie pomogło mi odzyskać świadomość umysłu. Podbiegłam do drzwi i zaczęłam w nie walić bez opamiętania, krzycząc równocześnie, że mają mnie wypuścić. Oczywiście odpowiedziała mi tylko cisza. Zrezygnowana oparłam się o drzwi. Muszę się stąd jak najszybciej wydostać – pomyślałam – To ten pokój tak na mnie działa, powinnam się była tego domyślić…                                                         Nagle poczułam lekkie drżenie. Uczucie wzmagało się, a do niego dochodziło jeszcze coraz głośniejsze dudnienie. Przestraszona, ale również zaintrygowana wstałam i odsunęłam się od drzwi. Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby zobaczyć, że szczeliny w ścianie się pogłębiają, a ta z czasem pęka. Odgłosy wydawały się coraz głośniejsze, aż w końcu ściany pękły, a wraz z nimi opuściło mnie uczucie otępienia. Znowu mogłam normalnie funkcjonować! Jednak nie dane mi było długo się tym cieszyć, ponieważ już za chwilę w moją stronę poszybowały ostre odłamki tynku i ściany.
               
                                                                     *** 

Kiedy się ocknęłam na początku nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie się znajduję. Z mojego więzienia została tylko ruina, przysypana gruzem. Nie to jednak napawało mnie przerażeniem. Pomieszczenie było pełne najróżniejszych potworów. Było ich tak wiele, że nie byłam w stanie ich policzyć. Były różnej wielości, jedne miały rogi, drugie skrzydła… Jednak najwyraźniej wszystkie przyszły tu w jednym celu… Po mnie. Jeden większy od pozostałych trzymał mnie za ramiona i najwyraźniej starał się mnie wyprowadzić. Jednak w sali panowało zamieszanie. Zobaczyłam, że potwory walczą między sobą, a potem dostrzegłam Ethana, który torował sobie przejście krótkim mieczem, który trzymał w dłoni. Gdy zbliżył się do mnie usłyszałam jak mruczy pod nosem:
- Przeklęte potwory Hadesa! Trzeba było się domyślić, że ją tu znajdą…
Zamachnął się i jednym, szybkim ruchem odciął trzymającemu mnie potworowi rękę. Potwór zawył z bólu, a szkarłatna ciecz poplamiła moje ubranie. Odwróciłam się z obrzydzeniem od tej makabrycznej sceny. Ethan próbował do mnie podejść, ale tłum potworów mu na to nie pozwalał. Zawołał do mnie:
- Lynette, zostań tam!
Ja jednak nie miałam zamiaru go słuchać. Odwracając się w stronę gdzie wcześniej znajdowały się drzwi zdążyłam jeszcze zauważyć wyraz twarzy Ethana. Było w nim coś, co mnie przestraszyło. To nie była zwykła determinacja, to była… nienawiść. Nie zastanawiając się nad tym długo pobiegłam prosto korytarzem. Nie wiedziałam gdzie biegnę, chciałam po prostu znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Słyszałam za sobą odgłosy pościgu. Zdyszana skręciłam w boczny korytarz i nagle poczułam podobne uczucie, które ogarnęło mnie już wcześniej, czyli pulsowanie w głowie. Choć wiedziałam, że to niebezpieczne zatrzymałam się. Przede mną pojawił się migoczący obraz pięknej kobiety w srebrzystej tunice i złotych sandałach.
- Artemida….? - wyraziłam swoje zdziwienie.
~ Nie ma teraz na to czasu!
Jej głos zabrzmiał jakby w mojej głowie. Chciałam ją zapytać o tyle rzeczy, jednak chyba bardzo jej się spieszyło, bo uciszyła mnie gestem.
 ~ Mamy tylko chwilę, już wcześniej próbowałam się z tobą skontaktować, ale bariery magiczne…
Jej obraz zaczął się zamazywać, więc mówiła coraz szybciej:
~ Spróbuję…  to nie będzie łatwe… ale… szybko…
- Co? Artemida, nic nie rozumiem!
Jej obraz zatrząsł się, a potem zaczął znikać. Udało mi się tylko usłyszeć jej ostatnie słowa:
~ …. musisz uciekać
Następnie zniknęła. Świetnie! - pomyślałam z ironią – Dzięki za pomoc, sama nigdy bym się nie domyśliła… Jednak rzeczywiście nie miałam czasu. Kroki słychać było coraz bliżej, więc zerwałam się do biegu. Po drodze wpadłam na jakiegoś strażnika, który na mnie warknął i próbował mnie złapać, jednak wyślizgnęłam mu się i wbiegłam za najbliższe drzwi. Nareszcie udało mi się wydostać na zewnątrz, ale to nie rozwiązywało moich problemów. Puściłam się pędem w dół zbocza, na którym stał budynek, w którym się znajdowałam. Nawet nie odwróciłam się, żeby sprawdzić, czy goniące mnie potwory również wybiegły na zewnątrz. Starałam się uważnie stawiać kroki, ponieważ nie mogłabym sobie pozwolić na potknięcie (choć było to trudne, zważywszy na to, że biegłam jak najszybciej). Gdy znalazłam się na dole rozejrzałam się i wbiegłam w pierwszy lepszy zaułek, prawie wpadając na jakąś kobietę. Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem swoich niebieskich oczu… zaraz, czy one nie były fioletowe? Ku mojemu zdziwieniu rozpoznałam w niej Hekate, boginię, u której w domu spędziłam ostatnie chwilę, które pamiętałam. Pomyślałam, że jeżeli ktokolwiek wie, co tu się dzieje to właśnie ona.
- Hekate!- zawołałam – Gonią mnie potwory, muszę uciekać…
- Chodź za mną – powiedziała, po czym ruszyła w stronę ciemnego otworu w skale.
Jak się potem okazało było to wejście do przypominającego małą jaskinie tunelu. Pobiegłam za nią, starając się ją równocześnie zapytać:
- Co tu się dzieje? Jak znalazłam się w tamtym miejscu? Dlaczego Ethan się tak zachowuje? Czemu…
Wchodząc do tunelu poczułam miły chłód na twarzy. Hekate nie zwalniając kroku przerwała mi:
- Nie mamy czasu. Postaram się znaleźć odtrutkę ale nie wiem ile mi to zajmie...
Odtrutkę?- pomyślałam – Dla kogo? W tunelu czuć było wilgoć, a z każdym krokiem robiło się coraz ciemniej. Po chwili nie widziałam już własnych dłoni. Przestałam też słyszeć kroki obok mnie…
- Hekate?! - zawołałam czując narastający niepokój.
- Musisz iść dalej prosto – usłyszałam jej głos dochodzący z daleka – Powodzenia.
- Nie zostawiaj mnie tu samej! - krzyknęłam przerażona – Wróć!
Cisza. Ciemność.
- Hekate? - chciałam krzyknąć, ale udało mi się tylko wydać z siebie szept.
Przełknęłam ślinę. Chciałam odrzucić od siebie te myśli, ale zaczęłam panikować wyobrażając sobie, że w tej ciemności może czaić się dosłownie wszystko. Prawie słyszałam zbliżające się do mnie poczwary… Stałam tam tak długo, że aż mi zdrętwiały kolana. Okej – pomyślałam – Skoro Hekate kazała mi iść prosto, to chyba nie pozostaje mi nic innego…  Odetchnęłam głęboko, po czym zrobiłam krok w stronę ciemności… i prawie od razu zaczęłam wrzeszczeć. Potrzebowałam chwili, żeby się uspokoić i zdać sobie sprawę, że to co dotknęło mojej twarzy to po prostu zwykła pajęczyna. Przeklinając w duchu swoją głupotę ruszyłam po omacku na przód. Szłam z wyciągniętymi przed siebie rękami obmacując ściany. Musiałam zachować ostrożność, przez co poruszałam się o wiele wolniej. Pozostało mi tylko mieć nadzieję, że goniące mnie potwory nie znalazły wejścia do tunelu. Każdy mój krok odbijał się echem w tym wąskim korytarzu. Było tak cicho, że wydawało mi się, że mój oddech lub bicie serca tworzy straszny hałas. Na domiar złego sufit zaczął gwałtownie opadać, zmuszając mnie do poruszania się na czworakach. Starałam się nie myśleć o tym, że nad moją głową znajdują się miliony skał i, że tunel w każdej chwili może się zawalić, bo i tak czułam się niezbyt komfortowo czołgając się w tym ciasnym tunelu. Po jakimś czasie natrafiłam na niespodziewaną przeszkodę – kamienie. Okazało się, że tunel był zasypany grubą warstwą ciężkich kamieni. Zrozpaczona zastanawiałam się co mam robić. Nie mogłam uwierzyć, że cały trud wędrówki przez tunel mógłby pójść na marne. I chociaż nie widziałam wielkich szans na powodzenie zaczęłam wyjmować i przesuwać kamienie. Były one ciężkie, a praca szła mozolnie. Wydawało mi się, że trwa to wiecznie, jednak nie miałam zamiaru odpuścić. Z czasem zaczęło mi się wydawać, że w tunelu robi się coraz duszniej i musiałam skupić się na pracy, żeby nie zacząć panikować. Gdy już miałam się poddać odsunęłam wielki kamień i oślepiło mnie światło. To było światło dzienne! Wstąpiła we mnie nowa nadzieja i zaczęłam szybko przerzucać kamienie, stopniowo powiększając otwór. Gdy był już na tyle duży, że dało się przez niego przejść wyczołgałam się na zewnątrz. W moją twarz uderzył wiatr rozwiewając mi włosy. Łapczywie wdychałam świeże powietrze i cieszyłam się widokiem zielonej trawy. Wystawiłam twarz do przyjemnie grzejącego słońca. Chciało mi się śmiać, skakać i tańczyć. Moje szczęście jednak mąciło poczucie, że nadal nie jestem bezpieczna. Rozejrzałam się dookoła i zorientowałam się, że znajduję się w lesie. Przeszłam pomiędzy drzewami i nagle zastygłam w bezruchu. Poczułam, że jeżą mi się włoski na karku i nagle ogarnia mnie chłód. Wydawało mi się, że ktoś mnie obserwuje… Błyskawicznie się odwróciłam i dostrzegłam, że niecałe dwadzieścia metrów dalej stoi Ethan. Wyraz jego twarzy nie zapowiadał nic dobrego, a okrutny uśmiech nakazywał mi uciekać… Co nie zastanawiając się też uczyniłam. 

 Biegłam coraz szybciej przeskakując przez kamienie i gałęzie blokujące mi drogę. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć, że Ethan jest tuż za mną. Prawie czułam jego oddech na swoim karku.       Wydawało mi się, że drzewa i krzewy specjalnie wyciągają do mnie swoje gałęzie i kolce starając się mnie zatrzymać. Jedna z gałęzi boleśnie wbiła się w moje ramię. Nie zważając na rozrywający ból szarpnęłam się z całej siły chcąc się oswobodzić. Nie zwalniając biegu ogarnęłam przelotnym spojrzeniem moje ramię, na na którym zdążyła się już pojawić paskudnie wyglądająca, czerwona pręga. Suche liście szeleściły pod moimi nogami a lodowaty, porywczy wiatr wiał mi prosto w oczy. Nie miałam czasu na wymyślenie choćby najprostszego planu, każda część mojego ciała wysyłała mi tylko jedną, natarczywą myśl – BIEGNIJ! Każdy mój mięsień płonął, gdy zmuszałam go do szaleńczego biegu. Dosłownie czułam, jak z każdą kropelką potu spływającą mi po twarzy tracę siły. Nie było co liczyć, że Ethan się zmęczy, jak na razie poza ciężkim oddechem nic nie wskazywało na to, że choćby zwolnił. Ma stanowczo lepszą kondycje ode mnie – pomyślałam – Może gdybym…                                                                                        Moje rozmyślania przerwał nagły, przeszywający ból z tyłu głowy i nagle cały świat zawirował. Oszołomiona przeturlałam się po suchych liściach i boleśnie wbijających się w moją skórę igłach. Następnie wszystko stało się błyskawicznie, za szybko aby mój otumaniony mózg zdołał to zarejestrować. Ktoś brutalnym gestem przycisnął mnie do ziemi, tym samym skutecznie mnie obezwładniając i unieruchamiając. Starając się pozbyć mroczków pojawiających mi się przed oczami zobaczyłam, że Ethan siedzi na mnie okrakiem z wyrazem triumfu w jego lodowato lazurowych, pełnych nienawiści oczach. Nagle uświadomiłam sobie, że taki sam  wzrok miał Minos… To nie były oczy Ethana, którego znałam. A jeszcze niedawno oddałabym wszystko za możliwość wpatrywania się w nie, choćby przez sekundę – pomyślałam ze smutkiem – Jak to możliwie, że tak się zmienił? Czy to jest jego prawdziwe oblicze? Pamiętałam nasze pierwsze spotkanie przy domu Olimpii, patrzył na mnie wtedy z taką miłością i troską…  Albo gdy rozmawialiśmy przy wodospadzie. Czy to wszystko to był tylko wyjątkowo okrutny żart? Kłamstwo?         Wpatrywałam się w niego szklanymi oczami, a łzy groziły, że popłyną. Chciałam więc odwrócić wzrok, jednak nie potrafiłam. Nie mogłam w to uwierzyć, jakaś cząstka mnie wciąż miała nadzieję, że to tylko zły sen, z którego zaraz się obudzę. Nie zamierzałam walczyć ani się wyrywać, wiedziałam, że to i tak nie miałoby sensu. Poddałam się, czekając na jego reakcje. Potwierdzając moje najgorsze obawy kątem oka dostrzegłam w jego dłoni błysk ostrego, metalowego przedmiotu. Zamknęłam oczy, bo nie chciałam tego oglądać.                                               
Och, Ethan…. - przelałam w ten szept wszystkie moje uczucia, moją miłość, lęk i bezsilność, czując spływającą po moim policzku pełną goryczy łzę.     

___________________________________________________________________________________
Witajcie!!! Baaaaaaardzo przepraszamy za tak długą nieobecność na blogu. Postaramy się wam to wynagrodzić w najbliższym czasie. Już się bałyśmy, że ten rozdział nigdy nie powstanie przez pewne problemy z komputerem i internetem, ale nareszcie się udało! Zachęcamy do czytania i komentowania
Buuuuuuziaczki 
:-* :-* :-*  
Zomiju

środa, 27 stycznia 2016

Rozdział XXIII On o czymś zapomniał, mi wróciła pamięć(do połowy)...

Lynette

 


Wszystko mnie bolało. Każdy mój mięsień płonął. Jakbym nie ruszała się przez dziesięć lat i nagle wzięła udział w dwustu kilometrowym biegu. Z trudem otworzyłam oczy, wokół mnie panował półmrok. Zamrugałam nimi i spróbowałam przypomnieć sobie co ja tu robię, z przerażeniem uświadomiłam sobie że mam w głowie pustkę. Poruszyłam się niespokojnie i poczułam że leżę na zimnej betonowej podłodze w wilgotnym piasku, który strasznie uwierał. Spięłam brzuch i spróbowałam usiąść, na początku silne zawroty głowy zamazały mi obraz przed oczami ale już po chwili odzyskałam ostrość widzenia. Rozejrzałam się dookoła. Lekka smuga szarego światła sączyła się  przez metalowe pręty wąskiego okna. Cela w której byłam miała jakby tytanowe ściany i zero drzwi.  Betonową podłogę pokrywała gdzie nie gdzie warstwa piasku z zmieszanego z ziemią. spojrzałam na swoje dłonie i przesunęłam jedną po ziemi, lecz chwile później gwałtownie podniosłam ją do góry czując ostre ukłucie bólu. Spojrzałam na wewnętrzną stronę dłoni ze zdziwieniem obserwując kilka przeźroczystych szkiełek wystających z mojej skóry. Pociągnęłam za jedno i wyjęłam, cicho sycząc na rozlewający się ból w mojej dłoni. Tak jakby te szkiełka były zatrute i teraz ta trucizna rozpłynęła się od moich rąk do reszty ciała. Przestraszona wpatrywałam się w cienką strużkę krwi płynącą po mojej dłoni. Szybko pozbyłam się reszty kawałków, wstając i zauważając że to nie ziemia z piaskiem a czarne ziarenka szkieł pomieszane z nim. Przeszłam się wzdłuż małego pomieszczenia szukając czegoś co przypominałoby drzwi. W pewnym momencie zaczęłam panikować, nie mogłam nic zrobić i byłam zamknięta w jakiejś celi. Ale dlaczego?! Sfrustrowana kopnęłam dosyć sporą gałąź która naprawę nie wiem co tu robiła. Nagle pomyślałam że to najlepsza broń jaką mogę teraz znaleźć i lepiej ją zatrzymać. Pełna nowej energii podniosłam patyk patrząc na niego z zafascynowaniem
- To moja wybawcza broń- powiedziałam cicho
Zwróciłam do małej dziury w ścianie z prętami,  robiącej za okno. Zanim dobiegłam do niej prawie się wywróciłam potykając o plątający mi się pod nogami chiton. Zlustrowałam wzrokiem jego opłakany stan. Był pobrudzony ziemią popiołem i jeszcze nie wiem czym, pomijając jego dziury i poszarpane miejsca. Od razu przypomniałam sobie o moich włosach sięgając do nich ręką.
-Już sobie wyobrażam jak wyglądam- pomyślałam
- Może przynajmniej kogoś wystraszę moim wyglądem i pomoże mi to w ucieczce- dodałam w myślach z ironią
Oberwałam trochę chiton żeby był krótszy i próbowałam doskoczyć do okna albo się wspiąć na nie, niestety było za wysoko. Potem biegałam waląc we wszystkie ściany, a następnie uderzałam je gałęzią. Kiedy wszystkie moje próby spęzły na niczym rzuciłam gałąź w kąt a sama miałam ochotę położyć się na tej podłodze i skulić w kłębek dając ponieść mojej klaustrofobii. Nie wiem ile czasu minęło jak wpatrywałam się w ścianę, ale jakiś dźwięk z tyłu wyrwał mnie z odrętwienia. Natychmiast rzuciłam się po moją gałąź i w pełnej gotowości oczekiwałam co nadejdzie. Nagle ściana wysunęła się do przodu i otworzyła a zza niej wyszła młoda dziewczyna. Miała ciemne długie włosy związane w kok, nieskazitelną twarz i biały powłóczysty chiton. Byłaby piękna gdyby nie jej oczy, a raczej ziejące czernią oczodoły...  Cała jej postać była jakby pozbawiona blasku i życia, osnuta szarą mgłą. Zwróciła ku mnie swoje czarne oczy, a ja nie dając sparaliżować strachem moich ruchów rzuciłam się na nią z moją prowizoryczną bronią. Uderzyłam ją w brzuch a następnie w bok głowy.  Zdziwiło mnie to że nie reagowała, tylko stała gdy biegłam do niej i padła na podłogę po uderzeniach. Nie tracąc czasu puściłam się biegiem w stronę już zamykającej się ściny, dobiegłam tuż przed zamknięciem i włożyłam rękę natychmiast ją cofając żeby zatrzaskująca ściana mi jej nie przytrzasnęła. Skołowana zaczęłam walić pięściami i drzeć  w te ścianę. Potem odwróciłam się do nieznajomej nagle niezbyt zadowolona zostając z nią sam na sam. Ostrożnie pochyliłam moją głowę nad dziewczyną szturchając ją gałęzią, a ona z szybkością błyskawicy chwyciła przedmiot i otworzyła oczy sycząc na mnie demonicznie. Wyrwałam moją gałąź i szybko przyszpiliłam dziewczyne-widmo do ziemi. Przycisnęłam gałąź do jej szyi, na tyle mocno by porządnie bolało i na tyle mało żeby jej nie udusić.
-Gdzie ja jestem?!-warknęłam, nie zwracając uwagi na jej przerażającą twarz
Wtedy ona zaczęła wykrzykiwać przekleństwa w jakimś dziwnym języku i wbijając mi pazury w dłonie udało się jej wyrwać moją broń i odrzucić w ścianę. Moja biedna gałąź rozłamała się na dwie części a ja jeszcze próbując trzymać ją na uwięzi z całej siły ścisnęłam jej gardło dłońmi. Kiedy trzymałam ją wyrywającą się na ziemi, zauważyłam iż powinnam czuć tętno dziewczyny na dłoniach. Ale go nie było... W sumie chyba powinnam się tego spodziewać, jej oczy, jej wygląd i zachowanie nie wskazywały na szczególnie normalną i żywą osobę, ale jednak kiedy czułam że ona nie żyje zamarłam. Widmo-dziewczyna z wściekłą miną odrzuciła mnie od siebie i ku mojemu zdziwieniu podeszła po tacę której wcześniej nie zauważyłam, rzuciła ją przede mną wpatrując się we mnie z nienawistnym spojrzeniem. Na tacy znajdowała się metalowa miska z jakąś czarną nieokreśloną cieczą którą wolałam zostawić, przekornie rzuciłam miską o ścianę. Naczynie odbiło się od twardej powierzchni z głuchym dźwiękiem roznosząc echo po całej celi a czarna zupa zabarwiła ścianę i kawałek piasku z betonem na ciemno atramentowy kolor. Wpatrywałam się w plamę przez chwilę gdy zaczęła cicho bulgotać i wyparowała z drażniącym sykiem. Przeniosłam wzrok na cwanie uśmiechniętą kobietę. Moja twarz chyba zdradzała moje emocje (a byłam przerażona tym że mogłam to zjeść) więc przybrałam maskę obojętności. Wpatrywałyśmy się chwilę w siebie gdy ściana/drzwi otworzyły się z trzaskiem i wszedł przez nie Ethan... Od razu rzuciłam się na niego . Przyszedł po mnie!
-Ethan! Jak dobrze że jesteś. Co tu się na Zeusa dzieje?! Jak zostałam zamknięta w jakiejś małej ponurej dziurze, to przynajmniej chcę wiedzieć za co! W dodatku jakieś widmowe dziwadło mi przysłali i nie che odejść!- mówiłam podniesionym tonem nie dając mu dojść do słowa
Nagle do moich uszu dotarł szyderczy śmiech. Ethan odepchnął mnie po czym rzekł
- Naprawdę? No kto by się spodziewał
Podniosłam wzrok na jego twarz. Ale zamiast zatonąć w jego lazurowych oczach napotkałam ścianę chłodu i pogardy.
- Ale..ale..co się stało?- spytałam zbłąkana
- Co się stało? Ty się stałaś- stwierdził z jadem w głosie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie
- Niestety, nie rusza mnie już twój wzrok, mina ani osoba. Jesteś żałosna- szydził dalej
Nie dowierzając patrzyłam jak rzuca we mnie obelgami, czułam jakbym nie mogła nic zrobić. Tylko słuchać i czuć jak wbija mi kolejne ostrza w serce.
- Nie wiem dlaczego chciałem wyciągać cię z bagna w którym utkwiłaś, może było mi cię żal? Sam nie wiem. Ale teraz zależy mi tylko na twoim cierpieniu, zepsułaś swoją bezużyteczną osobą cały plan ojca i nawet terasz ją ukrywasz. Minos już wyciągnie z ciebie co z nią zrobiłaś... A potem zapłacisz za bunt i pomożesz zapłacić swojej rodzinie za zdradę, kochanie- dokończył swój monolog rozbijając mi serce
On!? Przecież to była jedyna osoba jakiej ufałam. Mówił... mówił że byliśmy przyjaciółmi, pomagał mi! Olimpia nigdy by tak naiwnie nie uwierzyła jak ja. Wszystko mi się przypomniało podczas tkwienia tutaj, to znaczy wszystko od pojawienia się w świątyni do dziwnego zdarzenia w Hadesie. Właściwie cały mój pobyt w krainie zmarłych jest zamglony. Tak czy inaczej postanowiłam że nie będzie mi tak ubliżał, nawet jeśli coś do niego poczułam. Nie pamiętam żeby ktoś tak mnie upokorzył tak jak on teraz.
- Jesteś pewien że ze mnie wyciągnie to co będzie chciał?- spytałam naśladując jego ton
- Moi ludzie już mnie szukają. Jeśli myślisz że błąkałam się bez wspólników po Grecji, to się grubo mylisz słoneczko- zablefowałam uśmiechając się przy tym złośliwie
Miałam nadzieje że uwierzy w moją bajeczkę, chociaż nie miałam pojęcia co tu robiłam ani czego ode mnie chcieli. Przeklęta pamięć!
- Jak uważasz- prychną
Przeniósł swoje beznamiętne spojrzenie na coś za mną po czym uśmiechnął się spoglądając mi w oczy
-Miałem nadzieję że się poczęstujesz, szkoda- cmoknął udając zawiedzenie
Chwilę mi zajęło pojęcie że chodzi mu o tę dziwną zupkę którą pewnie sam specjalnie dla mnie upichcił
-Niestety, chyba zapomniałeś że nie jadam smoły-odwarknęłam
Wtedy niedaleko mnie rozległ się czyjś morderczy chichot. To ta widmo dziewczyna. Gdy tylko Ethan ją usłyszał zjadliwy uśmiech znikł mu z twarzy. Podszedł do niej szybkim krokiem i łapiąc za ramię warknął coś do w tym ich dziwnym języku którego nie znałam.
- No cóż trudno, ale nic innego nie dostaniesz- powiedział tylko na odchodnym
Szarpiąc widmo-dziewczynę przeszedł przez ścianę i szybko ją zamknął.
Świetnie! Znowu sama w tym ciasnym kącie. Mogłam chociaż spróbować go atakować i uciec, co kolwiek! Nie ja musiałam prowadzić bezsensowny dialog. Chodziłam od ściany do ściany rozmyślając czego ten Minos ode mnie chce i co takiego zrobiłam gdy nagle zostałam wciągnięta do jakiegoś miejsca. Stałam pośrodku wielkiego ogrodu. Obok mnie znajdowały się kolumny owinięte bujnym pnączem winorośli. Wszędzie było pełno kwiatów i drzew. W powietrzu unosił się lekki zapach owoców i innych roślin.Nagle zza drzewa pomarańczy wyskoczyła mała czarnowłosa dziewczynka biegnąc czym prędzej ze śmiechem na ustach i zbaczając z kamiennej ścieżki ogrodowej do oliwnego zagajnika. Chwilę za nią zza palmy kokosowej wyłonił się dorosły mężczyzna rozglądając się radośnie wokół siebie i wołając zaczepnie
- Laryso... Wiem że tu jesteś znajdę cię. Larysooo.
Wtem z krzaków dobiegł chichot rozbawionej dziewczynki. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, byłam jakby niewidzialną materią unoszącą się w powietrzu i niewidoczną dla ich oka. Potem sceneria uległa zmianie i tym razem to jak byłam biegnącą dziewczynką. Cieszyłam się niesamowicie. Przemierzając kolejne korytarze i komnaty zamku chciałam jak najszybciej dotrzeć na spotkanie z mamą która właśnie wróciła z morskiej podroży. Nagle coś gwałtownie wyrwało mnie z wizji. Otworzyłam oczy i zobaczyłam ciemność. Właściwie to nie zupełnie bo były tam plamy i zarysowania, a dokładniej była to piękna ściana mojej celi w którą w właśnie uderzyłam czołem. Przewinęłam pamięć w tył i okazało się że pamiętam wydarzenia z czasu przed tym jak byłam w tej świątyni. Tylko najwięcej mam dziewięć lat w tych wspomnieniach... Cały czas mam pełno dziur w pamięci, ale pamiętałam prawie całe moje dzieciństwo!

_________________________________________________________________________________________
T Ta daaaaaaaaaaam! Rozdział jest (bardzo krótki i dosyć kieski, ale jest :-D)! Tak wiem pewnie masa błędów i w tym rozdziale wyjątkowo prześladowało mnie słowo "się", mam wrażenie że jest wszędzie i cały czas się powtarza. Ale cóż każdemu zdarza się gorszy dzień w którym prawa interpunkcji itp. są wyłączone XD 
Zapraszamy do czytania (Uważajcie na śmietniki, bo nigdy nie wiadomo kiedy się zbuntują...)
Pozdrowionka
Ana i Zofi? Nwm czy może być taki podpis, ale na razie jest XD

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Rozdział XXII Burza


Olimpia
Wpatrywałam się w nadzwyczajnie spokojne morze. Noc była cicha, powierzchnia wody niemalże płaska. Jasny księżyc przyćmił gwiazdy wokół siebie i zostawił lśniący trop na spokojnych zmarszczkach ciemnego morza. Na horyzoncie nie było widać nic prócz niekończących się morskich fal, rytmicznie uderzających o burtę statku. Znajdowałam się na pokładzie wspaniałego okrętu królewskiego, płynącego w delegacji na oddaloną spory kawał drogi wyspę Sycylię. Należała ona do kolonii Greckiej jednak napięta sytuacja polityczna stała się przyczyną wielu konfliktów i zmusiła urzędników królewskich do osobistego spotkania się z tamtejszymi zarządcami. Okręt, którym płynęłam posiadał wysoki maszt, na którym znajdował się wspaniały żagiel z wyszytym herbem królewskim. Żagiel był obecnie zwinięty ze względu na niesprzyjający wiatr, więc okręt był napędzany siłą ludzkich rąk. Pod pokładem wielu niewolników zmuszało do pracy trzy rzędy wielkich wioseł, które raz po raz mąciły nieruchomą tafle wody. Na dziobie okrętu znajdowała się pozłacana rzeźba przedstawiająca głowę szczerzącej groźnie kły lwicy. Na burtach statku zawieszone były misternie zdobione tarcze. Spojrzałam w górę, na bezchmurnym jak dotąd niebie zaczęły się zbierać ciężkie chmury. Westchnęłam. Czekała mnie teraz najdłuższa podróż w całej mojej wyprawie, musiałam pokonać połowę Morza Śródziemnego, żeby dotrzeć na Sycylię. Następnie przedostać się na drugi koniec wyspy do miasta Selinut i stamtąd popłynąć do Kartaginy. Przynajmniej będę miała czas na obmyślenie konkretnego planu - pomyślałam. Postanowiłam przemyśleć wszystko od początku. Od miejscowej ludności dowiedziałam się, że moja poprzednia podróż zakończyła się na wyspie Naksos. Nie było to daleko od Krety, ale musiałam załatwić sobie transport. Gdy udałam się do portu akurat odpływała średniej wielkości łódź rybacka, zagadnęłam właścicieli i okazało się, że płyną z dostawą na Kretę. Po krótkich negocjacjach udało mi się przekonać ich aby zabrali mnie ze sobą. Gdy dopłynęliśmy na miejsce zapłaciłam im kilka srebrnych monet i skontaktowałam się z zaufanym człowiekiem, u którego przenocowałam. Dotarła do nas poufna informacja o delegacji i o tym, że strażnik jednego z urzędników poszukuje sługi. Następnego dnia jego znajomemu udało się przedstawić mnie temu strażnikowi, który mnie zatrudnił jako swoją służącą. Kilka dni później wypłynęliśmy tym okrętem. Płynęliśmy już od kilku dni ale nigdzie nie było widać lądu. Wymknęłam się w nocy ze swojej kajuty, aby trochę pomyśleć. Nagle nieruchome powietrze zmieniło się w coraz to mocniejsze podmuchy wiatru, a z nieba spadać ciężkie krople. Skoro zaczął wiać wiatr to pewnie zaraz zbierze się tu załoga by podnieść żagiel - pomyślałam - Lepiej więc będzie, jeśli schowam się pod pokładem. Podeszłam do wilgotnej klapy, otworzyłam ją i zaczęłam schodzić po drewnianych stopniach. Starałam się schodzić po cichu, lecz za każdym razem gdy oparłam stopę o szczebel on trzeszczał tak głośno, że wydawało mi się, że na pewno obudzi wszystkich na statku. Ruszyłam po omacku wąskim korytarzem, mrużąc oczy, aby coś zobaczyć. Na górze księżyc oświetlał pokład, więc stwierdziłam, że nie potrzebuję świecy, jednak teraz tego pożałowałam. Starałam się cicho stawiać kroki i krzywiłam się przy każdym głośniejszym dźwięku, który w tej niezmąconej ciszy rozbrzmiewał głośnym echem. Wydawało mi, że zanim dotarłam przed drzwi mojej kajuty upłynęła wieczność. Chwyciłam za klamkę i już chciałam wejść do środka, gdy nagle usłyszałam przyciszoną rozmowę z pokoju obok. Podeszłam na palcach bliżej drzwi, aby lepiej słyszeć. Pierwszy głos należał do strażnika, u którego zatrudniłam się na służbie, a drugiego nie rozpoznawałam. Strażnik odezwał się szeptem:
- ... Na jakiej podstawie są twoje oskarżenia?
Właściciel drugiego głosu odchrząknął. Najwidoczniej był to młody mężczyzna, niższy rangą od strażnika, ponieważ powiedział lekko przestraszonym głosem:
- Niech Pan się przez chwilę zastanowi... Ona nie wyglądała na taką, która wcześniej pracowała jako służąca...
Strażnik mu przerwał, lekko znudzonym głosem:
- A czy to jakiś problem? Jeśli będzie wykonywać swoją pracę jak należy to nie obchodzą mnie jej prywatne sprawy.
- Ale ten człowiek, który ją przyprowadził był podejrzany o parę pomniejszych przestępstw. Co jeśli ona coś knuje?
Strażnik westchnął:
- Dobrze więc, dla świętego spokoju podejmę konieczne środki ostrożności.
Usłyszałam jak wstają i podchodzą do drzwi. Ustąpiłam trochę ciszy na rzecz szybkości i pobiegłam do mojej kajuty. Otworzyłam skrzypiące drzwi. W środku było ciemno, lecz udało mi się zapalić świecę, stojącą na małej szafce. Pomieszczenie było małe i dość ciasne, właściwie znajdowały się w nim tylko łóżko, świeca i mała szafka. Tak naprawdę "łóżko" było czymś w rodzaju hamaka przymocowanego do ściany. W kajucie nie było żadnych okien, a jedynym źródłem światła była świeca. Położyłam się na prowizorycznym łóżku i zgasiłam świecę. Przez chwile leżałam w ciemności nasłuchując. Okazało się to dobrym pomysłem, bo już po chwili drzwi się uchyliły i usłyszałam cichy szept:
- Śpi. Zajrzę do niej rano.
Po tych słowach drzwi zostały zamknięte. Stwierdziłam, że powinnam spróbować zasnąć. Przewróciłam się na bok i zamknęłam oczy. Leżałam w bezruchu, wsłuchując się w nasilający się wiatr. Minuty się dłużyły, lecz sen nie przychodził. Otworzyłam oczy. Słuchałam monotonnego szumu fal, choć wydawało mi się to trochę dziwne, ponieważ kiedy byłam na pokładzie morze było spokojne. Pomyślałam o misji, którą mi zlecili - Czy naprawdę chciałam to zrobić? Przecież miałam z tym skończyć... Nie mogę tak myśleć - skarciłam się w duchu - Miałam czas na zastanowienie, teraz już nie ma odwrotu. Muszę wykonać to czego się podjęłam. Może potem... Zresztą niby jak miałabym odejść? - pomyślałam - Za dużo wiem. Zabiją mnie bez problemu. Mogłabym się ukrywać... I tak wyślą kogoś, kto mnie znajdzie. Przecież właśnie teraz ja jestem takim kimś. Mam pozbyć się człowieka, który był na tyle głupi, by myśleć, że może odejść i ukryć się przed tak rozgałęzioną organizacją. Byłabym głupia myśląc podobne. Jednak teraz, kiedy nie mam kogo chronić i jestem zdana tylko na siebie... Nigdy nie utrzymywałam z nikim bliżej kontaktów, pozbywałam się ludzi po cichu i zmieniałam miejsce zamieszkania. Byłam nieuchwytna, nie zdradzałam swojej tożsamości. Jeśli nie otaczasz się ludźmi zmniejszasz zagrożenie, jeśli nie masz przyjaciół nie będzie boleć cię ich zdrada. Jeżeli jest coś czego nauczyło mnie życie, to to, że ludziom nie warto ufać. Bo każdy człowiek to kłamca. Nagle na myśl przyszła mi Lynette. Co się teraz z nią działo? Ona była pierwszym człowiekiem od lat, którego wpuściłam do mojego domu, pierwszym od wielu lat, o którego zaczęłam się martwić... Czemu jej zaufałam? Gdy wtargnęła na mój teren mogłam ją bez problemu zabić. Co mnie powstrzymało? Czemu okazałam słabość? Zabijałam już wiele razy, to nie powinno być dla mnie problemem. Potem te wszystkie dziwne rzeczy, które się działy i to jej ciągłe "nic nie pamiętam". Jednak na samym początku była bezbronna, a ja stałam nad nią, z nożem w gotowości... Ona była jak młodsza siostra, chciałam ją chronić. Ona... - ta myśl nagle pojawiła się w mojej głowie i choć nie chciałam jej do siebie dopuścić coraz mocniej uświadamiałam sobie, że to prawda - Ona była pierwszą osobą od lat, którą pokochałam. Wzburzone fale coraz mocnej uderzały statek, ale mi to nie przeszkadzało. Morfeusz wreszcie sobie o mnie przypomniał, zamknęłam oczy i zasnęłam.

***
Obudziłam się na podłodze. Przez chwile nie mogłam zorientować się, gdzie jestem. Otaczała mnie nieprzenikniona ciemność i musiałam upewnić się, czy na pewno mam otwarte oczy. Usłyszałam ogłuszający ryk fal i przypomniałam sobie, że znajduję się na statku. Chciałam wstać, lecz stwierdziłam, że bezpieczniej będzie poruszać się na czworakach. Doczołgałam się do drzwi, złapałam za klamkę i nacisnęłam. Drzwi stawiały wyraźny opór. Pociągnęłam raz, szarpnęłam drugi - bez skutku. Przypomniałam sobie nocną rozmowę, którą podsłuchałam. Świetnie! - pomyślałam ze złością - Te "konieczne środki ostrożności" to zamykanie mnie na klucz?! Postanowiłam ochłonąć i postarać się coś wymyślić. Statkiem zakołysało i przewróciłam się boleśnie uderzając głową o ścianę. Auć - skrzywiłam się i wstałam chwiejąc się na nogach. Starając się utrzymać równowagę podeszłam do małej szafki przewróconej teraz na środku pokoju i zaczęłam szukać świecy. Gdy wreszcie ją znalazłam okazało się, że nie nadaje się do użytku, bo jest w kilku kawałkach. Złapałam za mój cienki płaszcz, który mógłby mi się przydać jak już się wydostanę. Sfrustrowana potykając się odnalazłam drogę do drzwi, przykucnęłam i wymacałam rękami dziurkę od klucza. Statkiem znowu zatrzęsło, na pokładzie było słychać przerażone krzyki ludzi. Wyjęłam wsuwkę z włosów, pozwalając im opaść na twarz, a następnie zaczęłam ją wyginać pod różnymi kątami (co było trudne w całkowitej ciemności). Gdy uznałam, że ma odpowiedni kształt włożyłam ją w otwór w drzwiach. Po kilku minutach zamek zaskowyczał, nacisnęłam klamkę i drzwi otworzyły się do środka. Nie miałam czasu jednak długo cieszyć się tym mały sukcesem, bo musiałam zorientować się w sytuacji na statku. Wybiegłam na korytarz i pobiegłam przed siebie. Mijało mnie dużo ludzi biegnących w różnych kierunkach. Zaczepiłam jednego z nich i zapytałam, próbując przekrzyczeć zgiełk:
- Co tu się dzieje?!
On jednak wyrwał mi się, odkrzyknął coś czego nie zrozumiałam i pobiegł do maszynowni. Postanowiłam nie tracić czasu i ruszyłam pędem do drewnianych stopni, po drodze zapinając na szyi płaszcz. Gdy tylko otworzyłam klapę uderzył mnie potężny wicher rozwiewając moje włosy na wszystkie strony. Walcząc z silnym wiatrem wyszłam na mokry pokład. Przeniknęło mnie okrutne zimno, wiatr targał moim płaszczem. Rozejrzałam się dookoła. Na pokładzie panował chaos, ludzie biegali i krzyczeli coś do siebie, próbując przekrzyczeć wiatr. Wielkie, kilkumetrowe fale uderzały w statek rzucając nim na boki. Załoga statku i kilku bardziej znających się na żeglarstwie ludzi starało się utrzymać statek w ryzach, lecz większość ludzi po porostu biegała dookoła w panice. Wiatr zawodził i jęczał przeraźliwie szarpiąc bezlitośnie wielki żagiel, którego załoga nie zdążyła zwinąć. Trzy rzędy wielkich wioseł były w opłakanym stanie, a ponad połowa była połamana. Pod pokładem ludzie starali się pomóc i zapanować nad wiosłami, które jeszcze im pozostały. Wielkie fale zalewały pokład czyniąc go śliskim i zmuszając ludzi aby go opuścili. Ciężkie chmury zasłoniły księżyc, a wiatr wiał we wszystkich kierunkach, próbując wcisnąć się w każdą szparę. Kilku mężczyzn rzuciło się do lin przymocowanych do masztu aby zwinąć żagiel. Nie chcąc stać bezczynnie podbiegłam do nich, złapałam za jedną z lin i zaczęłam ciągnąć. Szorstka lina boleśnie raniła mi ręce, a wiatr nie ułatwiał roboty targając żaglem na wszystkie strony. Ciągnąc z całych sił usłyszałam przerażone krzyki ludzi, jednak przez wiatr nie mogłam nic usłyszeć. Po chwili dotarło do mnie jedno słowo "padnij!". Przerywając prace spojrzałam na chwilę na bok i zdążyłam jeszcze zobaczyć wielką, kilkumetrową fale opadającą na statek. Odruchowo rzuciłam się na wilgotne deski, nie przestając kurczowo trzymać się liny i  wstrzymałam oddech. Wielka ilość szokująco lodowatej wody przycisnęła mnie do ziemi. Przez chwile udało mi się jeszcze usłyszeć odległe krzyki, lecz potem ogłuszający ryk wody był jedyny dźwiękiem jaki dało się usłyszeć. Trzymałam się mocno liny, kiedy silny nurt próbował mnie porwać ze sobą. Bałam się otworzyć zaciśnięte powieki, lecz wiedziałam, że gdybym to zrobiła otaczałaby mnie ciemność. Woda zaczęła wdzierać mi się do nosa, a ja zaczęłam się dusić. Powstrzymywałam panikę, kiedy zaczęło mi brakować powietrza. Gorączkowo walczyłam z pokusą nabrania oddechu, bo wiedziałam, że byłby to mój ostatni. Moje ciało zaczęło drętwieć pod wpływem lodowatej wody, a moją głowę zaczęły nawiedzać myśli, których nie chciałam. A więc tak się czuje tonący? A gdyby tak poddać się... Czy to by bolało? Czy śmierć boli? Powoli zaczęłam puszczać linę. Nie! -  nagle otrzeźwiałam - Nie, nie mogę tak skończyć! Zacisnęłam mocnej ręce na linie. Walczyłam aby zachować świadomość, przed oczami pojawiły mi się mroczki. Gdy już myślałam, że to koniec ryk wody przycichł, a ja uświadomiłam sobie,że znów leżę na mokrych deskach. Otworzyłam oczy łapiąc gwałtownie oddech. Łapczywie wdychałam powietrze, powoli dochodząc do siebie. Byłam cała mokra, moje ubranie lepiło się do ciała, a włosy do twarzy. Wiatr przewiewał mój chiton na wylot wywołując lodowate dreszcze, jednak teraz nie zwracałam na to uwagi. Żyłam! I byłam tym tak szczęśliwa, że chwilowo chłód mi nie przeszkadzał. Dalej trochę oszołomiona podniosłam się na klęczki i rozglądając się stwierdziłam, że miałam szczęście. Tylko nieliczni znajdujący się na pokładzie utrzymali się pod naporem fali. Teraz ci, którzy zdążyli się już otrząsnąć z oszołomienia rzucili się na ratunek tym nieszczęśnikom, którym się to nie udało. Fale dalej uderzały o statek, lecz już nie  z taką siłą jak poprzednio, wiatr jednak nie odpuszczał. Z pod pokładu zaczęli wybiegać ludzie, chcąc pomóc. Spróbowałam wstać, ale gdy tylko się podniosłam zakręciło mi się w głowie i oparłam się o maszt. Uświadomiłam sobie, że nadal kurczowo ściskam linę, więc puściłam ją i obejrzałam bolące ręce. Z płytkiego przecięcia na lewej dłoni płynęła krew, ale nie było to nic poważniejszego. Nieustępliwy wiatr sprawiał, że moim ciałem wstrząsały dreszcze. Byłam na siebie zła, że nie mogę wstać i czegoś zrobić, ale mogłam tylko patrzeć. Trzęsąc się z zimna obserwowałam jak inni właśnie wciągają na pokład przemoczonego, nieprzytomnego mężczyznę i stwierdziłam, że nie mam powodu do narzekania. Morze zaczęło powoli się uspokajać. Nieoczekiwanie podeszła do mnie jakaś starsza kobieta i pomogła mi wstać. Chciałam jej podziękować, lecz udało mi się tylko coś wymruczeć.
- Ciiii - powiedziała kobieta - Dasz rade dojść sama pod pokład? - zapytała zachrypniętym glosem.
Nie lubiłam polegać na innych, lecz trudno mi było utrzymać się na nogach. Po chwili udało mi się ledwie zauważalnie skinąć głową. Wspierając się na kobiecie doszłam do drewnianych stopni i czując nagły przypływ energii stwierdziłam, że dalej poradzę sobie sama. Opierając się na wyższych szczeblach zaczęłam powoli schodzić. Pod pokładem nadal panowała krzątanina, lecz ludzie wyglądali teraz na bardziej zorganizowanych i nie biegali w panice. Usłyszałam rozmowę przechodzących obok mnie osób:
- ... Kapitan mówi, że burza skierowała okręt trochę za bardzo na wschód, ale został nam tylko dzień drogi.
- Mam nadzieję, że ten dzień minie bez większych kłopotów...
Po chwili doszłam do mojej kajuty. Otworzyłam drzwi i rzuciłam się na łóżko. Czy każda moja podróż statkiem musi kończyć się jakąś nieprzewidzianą przygodą? - pomyślałam z ironią. Zamknęłam oczy z zamiarem przespania nadciągającego dnia.
______________________________________________
Jest rozdział!  Przepraszamy za opóźnienia ale ta przerwa świąteczna rozleniwia ludzi XD Rozdział jest trochę krótki, ale ważnie, że jest ;-) Mamy nadzieję, że się wam spodoba, zachęcamy gorąco do komentowania
Buziaaaaaaczki ;-* ;-* ;-*
Zomiju