czwartek, 19 listopada 2015

Rozdział XIX Tajemnica przeszłości

 Ethan

 

Mijały kolejne minuty a jej wciąż nie było. Krążyłem wokół jeziora Stygijskiego, nerwowo rzucając gładkimi kamieniami w jego srebrzysto-czarną taflę. Rozejrzałem się wokół siebie, na bezbrzeżne pustkowie usłane skalnymi występami, pagórkami i ciągnącymi się jak nić korytami rzeki Kokytos i rozlegającym się od niej Styksem i Acheronem. Postanowiłem wyruszyć na poszukiwania, Lynette powinna już dawno tu być, zaczynałem się martwić czy coś jest nie tak... Najpierw przeniosłem się mrokiem do Hekate, ale jej nigdzie nie było więc zacząłem podążać drogą którą Lynette miała iść. Szedłem coraz szybciej, i coraz bardziej się o nią martwiłem. Niemalże biegiem przemierzałem kolejne metry hadesu. Sprawdziłem obok każdego brzegu rzeki i skręciłem w każdą boczną drogę od trasy którą miała iść w nadziei że po po prostu zboczyła z drogi. Doszedłem już do centrum hadesu i teraz szukałem jej obok łąk asfodelowych, w pobliżu styksu i wejścia do podziemnego świata. Potem obszedłem cerbera i modląc się żeby jej tam nie było szukałem jej w kolejce dusz. Kiedy doszedłem do trybunału sędziów i skręciłem za duży głaz parę metrów od nich. Z przerażeniem dostrzegłem pod stopami garść czarnych płatków. Od razu wiedziałem że to od róży którą miała Lynette od Hekate. Teraz byłem pewien że coś lub ktoś ją porwało. Nikt tu na mnie nie zwracał uwagi ale jeżeli mój ojciec by tu był to na pewno by coś do mnie powiedział (on kocha się czepiać, takie hobby na starość...). Ale na miejscu gdzie powinien być siedział jego "zastępca" który chwilowo go zastępował. Popędziłem do pałacu Minosa nie mogąc znieść myśli że to on mógł porwać Lynette. Szybko wparowałem przez drzwi rozglądając się dookoła a mój ojciec właśnie zdenerwowany do nich zmierzał
- Witaj synu! Właśnie idę do Hadesa który jest bardzo zdenerwowany że nie było mnie na miejscu sędziego. I znaleźli jakąś duszę z którą coś nie w porządku, a za to również ja jestem winiony! Wszystkie moje oddziały poległy i nici z szukania tej zdrajczyni, znowu udało jej się zbiec! Tylko czego szukała w hadesie.... No cóż synu wybacz ale się spieszę,od razu jak przyjdę musimy porozmawiać ze wszystkimi oddziałami.- wręcz wykrzyczał swój monolog i zniknął za drzwiami.
Próbowałem to wszystko poukładać sobie w głowie. Ta dusza.... To mogła być Lynn...
Musiałem znaleźć jakiś pretekst żeby bez wzbudzania podejrzeń dostać się do pałacu Hadesa, szybko wyszedłem ruszając w stronę pałacu mojego prastryja i stwierdziłem że wymyśle coś po drodze. Stanąłem przed obsydianowymi wrotami których strzegły szkieletowe straże, ale wpuściły mnie bez większych problemów. Komplikacje się zaczęły gdy stanąłem przed tronem Hadesa.
- Czego tu szukasz dziecko- zagrzmiał zirytowany samym moim widokiem pan umarłych
Powiedziałem pierwsze co wpadło mi do głowy:
-Chciałem się zobaczyć z Persefoną...
Zdziwiony Hades podniósł w zdziwieniu brwi
- A dlaczeguż tak nagle interesujesz się moją żoną Ethanie?- zapytał w kpiącym zdumieniu
I dopiero w tej chwili zdałem sobie sprawę jak on to odebrał
- Chce się po prostu z nią zobaczyć- odpowiedziałem wyniośle z nutką gniewu
Już chciał mi coś odpowiedzieć gdy przyszedł jakiś potwór i zawiadomił że Minos już wrócił i chce się ponownie z nim zobaczyć. Zanim ten stwór skończył mówić już szedłem w stronę komnaty Persefony. zapukałem w kwiecisto zdobione drzwi i gdy odpowiedział mi melodyjny głos wszedłem do środka. Zastałem tam Persefonę w zwiewnej czarnej sukni w czerwone maki, zdobionej czarną koronką na rękawach i dekoldzie siedzącą na ciemnozielonej kanapie z futrzastą hebanową narzutą. Opierała się łokciem o bok kanapy w swobodnej pozie, a jej ciemnoczekoladowe włosy zaplecione w kłosa opadały na ramię. Gestykulowała ręką opowiadając o czymś kobiecie siedzącej na krześle obitym czarną skórą które stało przy niedużym stole z ciemnoczerwonego drewna. Obie miały bardzo podobne rysy twarzy z tą różnicą że włosy Persefony były ciemne a kobiety obok złociste niczym pola pszenicy. Domyśliłem się że to jej matka Demeter. Kiedy przekroczyłem próg pokoju odwróciły się w moją stronę, po chwili zobaczyłem na twarzy Persefony lekkie zdziwienie
- Witaj Ethanie, co cię do mnie sprowadza?- spytała uprzejmie żona Hadesa
- Chciałem o czymś z tobą pomówić... Ale jeżeli nie masz teraz czasu mogę przyjść w innym czasie- odpowiedziałem trochę zakłopotany obecnością Demeter
- Nie, nie moja matka wpadła tylko na chwilę- powiedziała z uśmiechem
-Przecież i tak jutro do niej wracam- dodała pogodnie
-No to córeczko do widzenia jutro- uśmiechnęła się tęsknie Demeter
- Dowidzenia Ethanie- dodała i lekko skinęła głową
Odpowiedziałem jej głębszym skinięciem i na moich oczach bogini zamieniła się w powiew wiatru pachnący łąkami i lasem.
- A więc?- zaczęła Persefona
- Zastanawiałem się czy przypadkiem nie wiesz czegoś na temat jakiejś duszy która została dzisiaj przysłana do pałacu?- spytałem ostrożnie
Persefona zmarszczyła brwi i w jej szarych oczach było widać zamyślenie. Była niczym piękna wiosna owiana śmiercią. Młoda i bardzo niewinna ale uwięziona w królestwie mroku co odcisnęło na niej piętno. Podobno kochała Hadesa ale źle czuła się w otoczeniu samych dusz i potworów, ale teraz gdy nastała pora w której wracała do matki promienie rozświetlały jej twarz.
- Tak, słyszałam. Mąż przy posiłku opowiadał mi o niej.- odpowiedziała
- A dlaczego tak cię interesuje ta sprawa chłopcze?- dodała
Nie wiedziałem co mam jej odpowiedzieć. Kłamać? Mówić prawdę? Obydwa rozwiązania nie były mi na rękę
- Chodzi o to że bardzo zależy mi na tej dziewczynie... A niedługo już nie będzie dało się jej wydostać z Hadesu- odpowiedziałem nerwowo
Bogini spojrzała na mnie wyrozumiale, lecz w jej oczach zaczaił się smutek
- Niestety nie mogę ci pomóc i chyba nikt nie może. To już dusza. Ona należy do Hadesu
- Na początku rzeczywiście było w niej coś dziwnego, jakby aura duszy ale w środku jeszcze było życie. Ale teraz już za późno...
Spojrzałem na nią z przerażeniem. To nie mogła być prawda. Eliksir miał przestać działać po czterech godzinach a minęły trzy. Chyba że Hekate mnie okłamała...
Persefona widząc moją reakcje powiedziała pocieszająco
- Każdego w życiu czeka taki los i trzeba się z tym pogodzić. Nie można zmienić losu, bo narażenie się mojrą będzie miało gorsze konsekwencje. Ale mogę cię zaprowadzić do lochu w którym jest przetrzymywana żebyś się pożegnał.
Pożegnał.... To słowo dźwięczało mi w uszach. To nie może być prawda, Lynette żyje!
-Persefono, jeśli możesz to byłbym dozgonnie wdzięczny- odpowiedziałem ze ściśniętym gardłem
Bogini wstała i pokazała ruchem ręki abym podążał za nią. Szliśmy najpierw przez wielkie korytarze pałacowe pełne przepychu i ozdób, ale z czasem gdy schodziliśmy schodami w dół wystrój się zmieniał aż w końcu podążaliśmy przez kamienny korytarz w którym było czuć wilgoć i stęchliznę. Wokół było bardzo ciemno i tylko złoty świecznik trzymany przez Persefonę oświetlał nam drogę. Z każdym krokiem coraz gorzej się czułem. Czy Lynette tu naprawdę jest?! Wciąż nie mogłem w to uwierzyć a w szczególności w jej śmierć. Nie, nie mogła, na pewno nie... Za bardzo ją kochałem żeby mogła mi to zrobić...
Persefona podeszła do jednego ze szkieletowych straży i wzięła od niego klucz, następnie otworzyła kraty za którymi ciągnął się korytarz z celami. Skinęła mi głową i powiedziała że w którejś jest dusza dziewczyny której szukam. Nogi miałem jak z waty, wolno powłóczyłem się do kolejnych cel z przestrachem patrząc do ich wnętrza. W ostatniej zobaczyłem półprzezroczystą kobietę leżącą na kamiennej ziemi. Widziałem jej kasztanowe włosy i biały poszarpany chiton. To była dusza. Co do tego nie było wątpliwości. Ani iskry życia.
Kiedy rozpoznałem w tej kobiecie Lynette serce stanęło mi jak porażone. Podszedłem najbliżej jak się da i objąłem dłońmi kraty.
-Lynette...-powiedziałem łamiącym półgłosem
Wtedy w myślach przebiegły mi wszystkie chwile spędzone razem, jej uśmiech i łzy, nasze treningi kłótnie i wspólne misje. Nasze zwariowane pomysły, bieganie po dachach jej włosy oczy, wszystko. A w szczególności moment, gdy Lynette siedziała na kanapie płacząc wtulona w moją pierś, przytulałem ją, ale ból rozrywał mi serce nie mogłem patrzeć na jej cierpienie. Wtedy poprzysiągłem sobie że będę ją bronił przed wszystkimi nawet moim ojcem, że już nigdy nie będzie cierpieć, że będziemy szczęśliwi. Ale teraz ona nie żyje.. I to ja ją zabiłem. Gdybym jej nie zostawił u Hekate... Gdybym ją stąd wyprowadził wcześniej... To wszystko moja wina... Płacz ścisną mi gardło
- Rose...- szepnąłem osuwając się na kolana przy jej celi.
Nagle poczułem wstrząsającą złość na Hekate, to jej eliksir, co ona zrobiła, co się stało. To wszystko to jakaś parodia. Szybko wstałem, rzuciłem ostatnie spojrzenie na jej szarą duszę i wściekły na siebie wybiegłem z tam tąd nie zwracając uwagi na nikogo. Wybiegłem z lochów a potem zlewając się z cieniem podążałem przez pałac Hadesa do wyjścia. teraz przede wszystkim chciałem znaleźć Hekatę i wyjaśnić sobie z nią parę spraw. Udałem się do mojego pałacu i jak najszybciej mogłem, przemierzałem korytarze. Zatrzymałem się pod drewnianymi drzwiami i zacząłem walić w nie pięścią. Nikt nie odpowiadał więc wbiegłem w nie z całym impetem. Drzwi wyłamały się a ja zacząłem przemierzać dom w poszukiwaniu zdradliwej bogini. W pewnej chwili zorientowałem się że zupełnie nie wiem gdzie jestem. Mogłem się tego spodziewać jej dom był otoczony magią, a ja teraz byłem w jej labiryncie. Ale już nieraz przechytrzałem jej magię, rozpłynąłem się w mroku i przepłynąłem przez ściany. Potem znalazłem się w jej bibliotece, stwierdziłem że skoro nie mogę znaleźć Hekate to znajdę sposób na przywrócenie zmarłej duszy do życia. Zacząłem przeszukiwać wszystkie książki. O eliksirach, o duszach, o magii. Ale nie trwało to długo bo pokój jakby wyczuwał obecność obcego i magia zaczęła się nasilać do tej pory ją ignorowałem ale teraz ledwo co trzymałem się na nogach. Wziąłem parę najważniejszych książek i ostatkiem sił wyciągnąłem się mrokiem na zewnątrz jej domu. Niestety w osłabieniu wylądowałem nie tam gdzie chciałem. Znajdowałem się daleko w podziemnych korytarzach. Poznawałem to miejsce, właśnie tu wprowadziłem oddział Minosa w pułapkę. I nagle otworzyłem drzwi obok których się znajdowałem. To ta komnata, to tu byli ci ludzie uwięzieni w niebieskich kulach. Najbardziej intrygowała mnie ta dziewczynka, a właściwie to że przeraźliwie kojarzyła mi się z Lynette. Te oczy, rysy twarzy, włosy. Nie mogłem się pozbyć wrażenia jakbym to właśnie na nią patrzył. Wspomnienie Lynette wywołało nieznośny ból w moim sercu. Postawiłem na ziemi książki które wyniosłem od Hekate i zacząłem się przyglądać dziecku. Jej blada zamrożona w strachu twarz, wyciągnięta do przody mała ręka i oczy wołające o pomoc. Znajdowała się jakby otoczona w lodzie i unosił się z tam tąd niebieskawy dym. jakby została zamrożona w swojej czasoprzestrzeni, ale wyczuwałem jej życie, ona nie była umarła. Zaczynałem zdawać sobie sprawę że ona może mieć coś wspólnego z Lynette. A najważniejsze było to że teraz muszę wyciągnąć informację od Minosa. To w końcu jego pałac, i jego podziemia. Ale teraz chciałem pozwiedzać dalszą część tego pomieszczenia. Spojrzałem na mężczyznę i kobietę tak samo zamrożonych jak ta dziewczynka. Mężczyzna to był ojciec Lynette bo go widziałem, a kobieta przypominała mi dawną żonę mojego ojca, tak to była Pazyfae. Ta sprawa robiła się coraz bardziej dziwna... Czy te osoby były jakoś połączone ze sobą czy mój ojciec ukrył tu osoby które chciał zostawić przy życiu i na przykład ożywić gdy już powstanie. Często mówił że jak już to zrobi to znów będzie rządził ze swoją ukochaną żoną. Ale w takim razie co tu robił ojciec Lynette i to dziecko. Wszyscy wiedzieli że on zginą w wypadku w kopalni. Chyba że to nie był wypadek i Minos to wszystko ukartował. Ale co tu robi to dziecko w takim razie! To nie może być Lynette bo ona jest martwa i jej dusza leży w lochach mojego prastryja. Nie wiedziałem co się tam dzieje, postanowiłem to na razie zostawić i udałem się do drugiego pomieszczenia którym okazała się duża ponadczasowa biblioteka. Na stole leżały zwoje, na regałach książki, jakieś notatki. A na ścianach pozawieszane zaklęte przedmioty i miecze. Podszedłem do stołu i spojrzałem na zakurzony otwarty stary zwój. Cały zapisany był po starogrecku.
Minęło wiele godzin zanim przejrzałem wszystko co tam było. Okazało się że były to plany przejęcia władzy Minosa, jego dzienniki i kroniki z czasów panowania na krecie. Ale najbardziej zaciekawiły mnie zapiski o drugim mężu Pazyfae którego miała po śmierci Minosa, on nie mógł tego znieść, chciał go zabić i planował to wiele razy. A kiedy urodziła im się córka wpadł w furię, chciał zabić ich wszystkich. Na tym kończą się notatki. Ale to nic nie wyjaśnia... Dlaczego jest tu Pazyfae i inni. Pasowałoby gdyby Minos zatrzymał tu tą rodzinę i szykował dla nich zemstę. A więc niby ojciec Lynette miałby być drugim mężem Pazyfae a ta dziewczynka to ich córka Larysa? Tylko że ojciec Lynette żył w XXI wieku a nie w starożytnej Grecji. Chyba że jakimś cudem podróżował w czasie, a kim w takim razie kim była Lynette. Czy ona nie miała nic wspólnego ze starożytną Grecją i jego pierwszą córką Larysą. Ale Minos w takim razie by się nią nie interesował i nie chciałby żeby z nim współpracowała. Ale ona nie może być Larysą bo ona tu jest. Może mieli jakieś jeszcze dziecko i udało mu się z nim przenieść w czasie myśląc że będą bezpieczni. Ale co w takim razie z Pazyfae czemu podróżowali bez niej. Może mój ojciec schwytał ją pierwszą, a potem Larysę a ojca Lynn udało mu się schwytać dopiero we współczesności i chce przez Lynette dokonać zemsty... To wszystko było bardzo zawiłe postanowiłem przeczytać księgi od Hekate. Ale jutro, bo teraz nawet patrzenie mnie boli. Jak najszybciej dostałem się do mojego pałacu i chciałem chociaż spróbować wypytać Minosa o to co znalazłem. Kiedy pojawiłem się w swojej komnacie, to akurat przyszedł służący mojego ojca nawołując mnie na kolacje. Dobrze się złożyło bo będę miał większe pole do manewru.

- Ojcze a co zamierzasz z Lynette jak ją znajdziemy?-zapytałem gdy już siedzieliśmy przy stole
- Z tą zdrajczynią? Zemszczę się a niej jak i na reszcie- sykną gniewnie
Ucieszyło mnie to że właśnie w takim momencie wyrwało mu się coś o jej rodzinie, jednocześnie znów czując ból na jej wspomnienie
- Reszcie? Co to znaczy ojcze?- zapytałem ostrożnie
Minos spojrzał na mnie podejrzliwie
- Wiesz tato że działamy wspólnie i chciałbym znać już trochę więcej twoich planów. Nie ufasz mi?
-No to co chcesz wiedzieć synu?
-Kim jest ta reszta i  jaką przeszłość miała Lynette
-No wiesz więc co do reszty miałem na myśli ojca i matkę Lar.. To znaczy Lynette. A przeszłość to co chyba wiesz o niej dużo, co synu?
-Ale doszły mnie słuchy że żyła trochę wcześniej niż w XXI wieku...-zaryzykowałem
Ojcu wypadł widelec i na chwilę szerzej otworzył oczy.
- Słuchy! Czyżbyś słyszał od kogoś coś takiego?!
- A czy to nie prawda?
- Synu to jeszcze nie czas żebyś się o tym dowiedział, a teraz powiedz mi skąd to wiesz!
- Dobrze, jeżeli odpowiesz na pytanie- powiedziałem zdenerwowany
- Ethanie! Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę! Myślę że już skończyliśmy ten temat. Dziękuje!
Powiedział po czym odszedł od stołu.
-Na razie nic nie udało mi się z niego wyciągnąć, tylko nabrał podejrzeń...-pomyślałem zirytowany
Poszedłem do swojej komnaty i położyłem się spać z zamiarem dalszego poszukiwania jakichkolwiek wskazówek jutrzejszego dnia, żeby ożywić Lynette.
Nagle znalazłem się na ogromnym polu na którym toczyła się starogrecka wojna. Dookoła żołnierze w zbrojach i na koniach było słychać zgrzyt stali i krzyki ludzi. Nie wiedziałem co się dzieje. Potem wciągnęło mnie w inne miejsce i znalazłem się w Nowym Jorku. Wszędzie szalały cyklony, burze i inne anomalie pogodowe. Następnie usłyszałem mrożący krew w żyłach śmiech kobiety i znalazłem się w ciemnym pokoju. Oświetlony był tylko stół z wieloma buteleczkami, księgą i kryształową kulistą misą nad którą pochylała się zakapturzona postać, co chwilę wybuchała śmiechem i mrucząc zaklęcie po grecku wrzucała kolejne rzeczy do naczynia. Nagle znalazłem się jakby tuż nad nim i widziałem zawartość misy. Wirująca ciecz o szkarłatnym odcieniu. Chwilę potem w tafli tego eliksiru zaczęły się pojawić sceny które mnie wciągnęły i znalazłem się teraz w lesie. Byłem jakby duchem bo tylko obserwowałem wydarzenia przede mną nie mając na nie wpływu. Najpierw zobaczyłem Lynette, całą i zdrową biegnącą za drzewa. Aż serce podskoczyło mi w piersi na jej widok, lecz niedaleko za nią biegłem ja. Ale w moich oczach było coś złowrogiego, tak że mnie samego przeszył zimny dreszcz. Ja ze snu złapałem Lynette i walczyliśmy, ona próbowała się bronić i uciec, za to ja chciałem ją zatrzymać. Kolanem kopnęła mnie w brzuch a prawą ręką uderzyła mnie z pięści w szczękę, przewróciłem się i już myślała że mi ucieknie ale w ostatniej chwili rzuciłem się na nią i przyszpiliłem do ziemi. Potem wyciągnąłem zza pasa sztylet i przyłożyłem do jej szyi. Zacząłem się bać bo nie mogłem nic zrobić, ja ze snu zaraz zabiję Lynette, nie mogłem na to patrzeć. Gdy nagle przed oczami pojawiły mi się pełne strachu i niedowierzania oczy Lynette, potem zobaczyłem tylko szybki ruch ręką i oczy Lynette rozszerzyły się, ale już po chwili zgasło w nich życie i patrzyły bezwiednie w dal. A w tle rozniósł się znowu ten przerażający kobiecy śmiech.
Cały spocony usiadłem na łóżku.
-Teraz już nie zasnę- pomyślałem
I wciąż mając przed oczyma ten koszmar i śmiech tej kobiety w uszach, postanowiłem przeczytać księgi od Hekate.


_____________________________________________________________________________________________________________

Uff... To już koniec a myślałam że ten rozdział będzie się ciągną w nieskończoność ;)
Ten rozdział jest ze specjalną dedykacją dla naszej Anonimki która komentuje naszego bloga pomimo braku postów. I z dedykacją dla naszych anonimów 1 i 2. Czemu wy już nie komentujecie! :((( Tak smutno bez was nam się zrobiło. Nie przeciągając dłużej przepraszamy za opóźnienie i zapraszamy do komentowania :D

Buuuuuuuuuuuuuuuziaczki
Zomiju ;-* ;-** ;-***

czwartek, 5 listopada 2015

Senny Żar





A oto Senny żar :))))))
Bardzo lubię rysować zwierzęta więc zajęła się naszym feniksem zamiast bohaterami, więc lynette i Olimpia nie pojawią się w moim wykonaniu..... To było moje pierwsze podejście rysowania kredkami tak na serio, bo zazwyczaj szkicowałam tak na szybko, piszc o swoich wyobrażeniach Sennego żara

Mam nadzieje że wam się podoba :))))

Zonia (za opóźnienie rozdziału bardzo przepraszamy, w najbliższym czasie zagonie mime do pisania i się pojawi ;)))

niedziela, 1 listopada 2015

Olimpia i Lynette


(Sorkki że w takim efekcie ale się spieszę, pod rozdziałem dam z lepszą jakością...)

A to jest  Olimpia i Lynette :)

Nowy rozdział i one shot już jutro ;DDDDDDDDD

Miłego dniaaaaaaaaaa
Mimma :)

czwartek, 29 października 2015

Rysunek Lynette :)))))))



Wiem ,że żaden profesjonalizm to nie jest ale bardzo chciałam narysować Lynette ;) W najbliższym czasie możecie się również spodziewać Olimpii i Ethana, a nawet Artemidy, w wykonaniu moim (Mima) i Zoni. Mam nadzieję że prace wam się podobają i kiedyś jak ten blog będzie bardziej popularny i ktoś będzie komentował to zaczniemy robić konkursy ;D

Miłego dnia (lub wieczora)
 Mima

sobota, 24 października 2015

Rozdział XVIII Podróż...


Olimpia


Mijał kolejny dzień, a ja wciąż nie mogłam wrócić do mojego "poprzedniego" życia, z czasów przed tym jak pojawiła się u mnie Lynette. Chociaż starałam się nią nie przejmować i usunąć z pamięci, powoli uświadamiałam sobie jak bardzo nie chcę życia w samotności, a także to że zdążyłam polubić i przyzwyczaić się do tej wariatki. Każda moja słabość sprawiała że byłam na siebie wściekła, nie raz próbowałam pozbawić się wszelkich ciepłych uczuć do ludzi, ponieważ miłość -w każdej postaci- to słabość. Nie kochasz - nie cierpisz, nie tęsknisz, nie masz punktu w który ktoś może uderzyć... A zdaję się, że Lynette mogłaby się stać dla mnie takim punktem, bo mimo to że tak krótko u mnie przebywała to była niewinna, pełna życia i radości. Jak dziecko, które nie wie jak zły może być ten świat i ja. Przez to, moje serce zaczęło widzieć w niej kogoś, kogo muszę chronić bo mi zaufała i nie obdarzała takimi uczuciami jak wszyscy którzy mnie znają.... Dlatego za wszelką cenę chciałam się od niej uwolnić i ją znienawidziłam, za ten ból i strach który czuję w nocy, że jej nie ma i coś jej się stało, bo sobie nie poradzi i nikogo tu nie zna, a jednak teraz mam przeświadczenie że mogła być zupełnie kim innym, niż ja byłam pewna że jest. Wtedy podjęłam już decyzję- wykonam zlecenie które "oni" mi nakazali. Zamierzałam wyruszać jutro z samego rana, czekała mnie długa i męcząca podróż, ponieważ Kartagina znajduje się bardzo daleko od Aten. Musiałam się dokładnie spakować, by niczego nie zapomnieć, i nie wziąć niczego za dużo. Słońce już skryło się za horyzontem więc pozapalałam świece rzucające delikatną poświatę w całym domu, spakowałam suszone mięso i bukłak wody, a do pasa przypięłam dwie dodatkowe pochwy ze sztyletami - jednym większym, a drugim mniejszym i smuklejszym. Zapakowałam sakwę złotych drachm i dodatkowy ciepły płaszcz. Gdy o świcie wstało słońce obudziłam się i przygotowywałam wszystko do drogi, musiałam się pośpieszyć na statek który załatwiła mi Amaranta w porcie, bo odpływał w południe. Stamtąd muszę wysiąść na krecie gdzie mogę dopłynąć statkiem handlowym na Sycylię a następnie muszę dostać się na drugą stronę wyspy i popłynąć do Kartaginy. Pomimo słońca włożyłam płaszcz i udałam się do portu, słony zapach morza unosił się dookoła a skrzek mew było słychać już z oddali. Łatwo było pozostać niezauważoną wśród tego tłumu ludzi, gdzie wszyscy zajmowali się swoimi sprawami. Panował tu duży gwar, każdy coś krzyczał, jeden chciał popłynąć na gapę i właściciel statku go zatrzymał, drugi właśnie uciekał ze swoim skradzionym łupem i wpadał na krzyczących ludzi, a tuż obok mnie właśnie nosili rzeczy na transport, a inny człowiek któremu się rozbiła waza został wyrzucony z pracy i obrzucony obelgami dowodzącego. Pośpiesznie podeszłam do statku który miał mnie przetransportować i udałam się do opisanego przez Amarantę człowieka z blizną na policzku i złotymi kołami w uszach, widać ona musiała jemu również opisać mnie bo od razu wiedział w czym rzecz, podałam mu parę złotych monet a on pokazał mi wejście na dolny pokład gdzie mieściła się część towarów handlowych. Zeszłam w dół i przepychając się między drewnianymi skrzyniami, glinianymi naczyniami, gipsowymi figurkami itp. dotarłam w kąt, w którym miałam pozostać aż zaczną wyjmować skrzynie. Gdy statek wyruszył postanowiłam że pójdę spać, bo całą poprzednią noc spędziłam na planowaniu misji i zdrzemnęłam się tylko godzinę, a przestrzegam zasady "Śpij kiedy możesz, bo nie wiadomo kiedy przydarzy ci się następna okazja". Obudził mnie silny przechył statku, przeturlałam się w bok żeby nie zgniotła mnie wielka beczka która już się przesuwała, a zaraz potem usłyszałam szuranie skrzyni tuż za mną i w ostatniej chwili uskoczyłam, a skrzynia z trzaskiem uderzyła w ścianę. Postanowiłam już wstać i czymś się zająć, więc usiadłam na stercie prześcieradeł i belek drewna. Wyjęłam moje sztylety i zaczęłam je ostrzyć. Po chwili usłyszałam ciche skrzypnięcie drzwi, szybko zeszłam na podłogę i bezszelestnie się skradając, schowałam się za skrzynie cały czas mając w ręku sztylet. Wyjrzałam zza krawędzi skrzyni i rozejrzałam się dookoła, nikogo tam nie było więc poszłam za następne drewniane pudło. Doczołgałam się do drzwi pokładu które były lekko uchylone, rozważyłam opcje co mogło je otworzyć i pomyślałam że mogły równie dobrze otworzyć się od przechyłu statku. Ostrożnie wstałam żeby je zamknąć, gdy ktoś za mną złapał mnie za włosy przyciągnął do siebie, potem zatkał dłonią usta i przystawił zimne ostrze do szyi
- Moja pani dobrze mi zapłaci za twoją głowę- powiedział męski głos i roześmiał się szyderczo
Wystarczyła mi tylko chwila żeby przerzucić go sobie przez ramię, i przyłożyć sztylet do krtani
-Kim jesteś?- zapytałam przez zaciśnięte zęby
- Nic ci nie powiem! Możesz mnie zabić! Będę milczał- odpowiedział kpiąco
- Kto zlecił ci zabicie mnie- powiedziałam groźnie, powoli robiąc długie nacięcie na jego szyi
Chciał splunąć mi w twarz ale się uchyliłam, już nie jeden raz przesłuchiwałam ludzi, i żaden nie pałał do mnie sympatią.
Usłyszałam głosy zza drzwi i znieruchomiałam, ktoś tu szedł. Musiały go sprowadzić tu krzyki tego szpiega.
On za to wykorzystał moment mojej nieuwagi i uderzył pięścią w moją szczękę, poleciałam do tyłu czując piekący ból i metaliczny smak krwi na ustach. Wściekła rzuciłam się na próbującego się wymknąć mężczyznę i (tym razem dużo mocniej) przyłożyłam nóż do jego gardła
- Gdzie jest twoja pani!- powiedziałam podniesionym tonem
Nie bawiąc się w upewnianie, bo dobrze wiedziałam kto go nasłał i się tego spodziewałam.
On za to tylko się wyrywał krzycząc w innym języku.
-Zaraz tu będą...-pomyślałam, słysząc coraz głośniejsze kroki na schodach
- Gdzie Amaranta!- wrzasnęłam z furią
Gdy nie otrzymałam odpowiedzi zatopiłam ostrze sztyletu na wysokości jego serca. Odrzuciłam ciało na bok i skoczyłam za drzwi, które właśnie się uchyliły. Wyjrzało zza nich dwoje mężczyzn którzy przerazili się na widok zakrwawionych zwłok, wykorzystując ich szok uderzyłam od tyłu w ich głowy, a kiedy zemdleli wzięłam swój drugi sztylet i wiążąc płaszcz na szyi uciekłam przez otwarte drzwi
-Widać moja podróż zakończy się wcześniej- fuknęłam zdenerwowana w myślach
Pobiegłam schodami na najwyższy pokład przecierając dłonią krew z ust, a mój rozwichrzony warkocz ukryłam pod kapturem żeby nikt nie zwrócił na mnie zbytniej uwagi. Szybkim krokiem przemierzałam pokład szukając mojego człowieka, od dawna wiedziałam że Amaranta chce mnie wyeliminować, bo robiłam jej konkurencje, już było parę sytuacji w których coś przez nią nie działało w moich misjach, ale myślała że robi to na tyle sprytnie że ja się nie domyśle. To zlecenie to była jej szansa więc nie dziwie się że chciała mnie usunąć, szczególnie że "oni" pozwolili jej przygotować transport, okazja nie do powtórzenia. Wiedziałam o tym więc zwerbowałam na statek swojego szpiega który miał mnie informować o wszystkim. Ale zawiódł! Zatrudniając go wiedziałam że to młody szczeniak, ale na zwiadach zawsze się sprawdzał.
-No nic, teraz muszę go znaleźć- pomyślałam zirytowana
Gdy tylko zobaczyłam jego czarną czuprynę przemykającą wśród korsarzy, dorwałam go od razu. złapałam za rękaw bawełnianej koszuli i szarpnęłam w róg pokładu rzucając nim o burtę, i wlepiając w niego swoje świdrujące spojrzenie
- Coś ty narobił?!- syknęłam wściekłym szeptem
Piętnastoletni chłopak skurczył się pod natłokiem mojego wzroku i odpowiedział jąkając się
-N-nn-nic, po prostu straciłem go z oczu i...
-I co!-powiedziałam szyderczo
- Nie spisałeś się-warknęłam groźnie
- A wiesz co się z takimi robi- dodałam wyciągając zakrwawiony sztylet z rękawa
Chłopak na widok krwi, podniósł na mnie swoje wielkie przerażone oczy w których pojawiły się łzy...
Ale wtedy ktoś zaczął krzyczeć i chaos rozpętał się na statku. Byli to ci ludzie z dołu pokładu, najwyraźniej już się ocknęli.
- Mogłam ich zabić- prychnęłam poirytowana
Statek przybił do jednego z portów handlowych już chwile temu, ale ci zaczęli krzyczeć żeby zamknąć wyjścia z portu, bo morderca ucieknie. Zaczęli mówić że był w czarnym płaszczu i że jest wśród nich.
Znowu zwróciłam się do nieruchomego chłopaka przypartego do burty statku
-Zajmij ich czymś, to ci odpuszczę- warknęłam, rozglądając się dookoła
-Ale tym razem skutecznie...-ostrzegłam
Odwróciłam się i zdjęłam płaszcz, teraz musiałam szybko stąd iść zanim wybuchnie nowa afera pod tytułem "kobieta na statku", ale lepsze to niż żeby mieli mnie z tym czarnym płaszczem złapać. Wpakowałam go do mojej torby i czym prędzej pobiegłam do wyjścia. Okazało się że już wszystko zamknęli i wszczęli poszukiwania, pochyliłam się nad burtą ale było zbyt wysoko żeby skoczyć na dół. Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam dach budynku do którego może udałoby mi się doskoczyć i się wydostać z tego statku. Ale co ja gadam przecież to zupełnie nie rozsądne... Chciałam poszukać innej opcji ale zaczęliśmy odpływać, musiałam szybko podjąć decyzję.... Bez zastanowienia wzięłam rozbieg i odbijając się od burty wyskoczyłam do przodu wyciągając ręce przed siebie a za sobą usłyszałam parę okrzyków dobiegających ze statku. byliśmy dalej od dachu, niż mi się na początku zdawało i zdołałam się złapać jedynie jego krawędzi uderzając resztą ciała boleśnie w wapienną ścianę. Przeklęłam siebie w myślach.
-Co to za pomysł!- wydzierał się mój zdrowy rozsądek
Ale przynajmniej żyje, pocieszałam się w myślach. Pomysł godny Lynette, ja nigdy bym się na coś takiego nie porwała. A jednak...
Porzuciłam dogryzające myśli i zaczęłam wdrapywać się na górę, gdy już mi się to udało byłam nieźle poharatana. Przeanalizowałam ogólny stan mojego ciała, rozcięta warga, poobdzierana skóra na kolanach i siniaki wszędzie, a do tego skołtunione włosy, brudny chiton i zakrwawione ręce. Jak na jedną niedokończoną podróż statkiem to całkiem niezły wynik, a czekają mnie jeszcze trzy przynajmniej... Muszę się pozbierać i nie dopuścić więcej do takich sytuacji. Z większości zleceń wychodziłam bez szwanku. Zdecydowanie nie jestem w formie...
- Trudno, teraz muszę się dowiedzieć w jakim mieście się znajduje i dostać się na kolejny statek- pomyślałam, wzdychając
Rozejrzałam się po dachach myśląc jak mogę zejść, i pobiegłam przed siebie...


__________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

Oto nowy rozdział ;))))))))
Wiemy że jest baaaaardzo się ociągamy ale cóż tak wyszło... następne rozdziały postaramy się wstawiać częściej

Jeżeli pod tym postem pojawi się 5 komentarzy od różnych autorów to wstawimy DRUGĄ CZĘŚĆ ONE SHOT!!! ;))))))))))))))
(Okazja nie do przegapienia XD)

Zomiju

wtorek, 18 sierpnia 2015

Rozdział XVII Coś zawsze musi pójść nie tak...

                                    Lynette
Obudziłam się w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Leżałam w skalnej wnęce na grubej warstwie zwierzęcych skór. Pod głowę miałam włożony jakiś miękki tobołek, który pewnie miał zastąpić poduszkę. Usiłowałam się podnieść lecz gdy tylko uniosłam głowę uświadomiłam sobie jak bardzo jestem słaba i znów opadłam na moją prymitywną  poduszkę. Starałam sobie przypomnieć co się właściwie stało. Pamiętałam, że napadły mnie potwory, a potem... Potem jakiś mężczyzna mnie badał... Z  tego co pamiętam to był jakiś lekarz. Potem chyba znowu straciłam przytomność, bo nie mam pojęcia jak się tu dostałam... A tak w ogóle to gdzie byłam? Rozejrzałam się po tym dziwnym pokoju. W pomieszczeniu panował półmrok lecz dało się dostrzec poszczególne elementy. Całe pomieszczenie sprawiało dość dziwne wrażenie, ponieważ było wykute w litej skale. Z skalnego sufitu (o dziwo) zwisał piękny, kryształowy żyrandol, na którym była zawieszona niezliczona ilość świec . Małe kryształki odbijały światło w taki sposób, że w każdym pojawiała się miniaturowa tęcza. W pokoju stał mały, drewniany stół, a obok niego dwa misternie zdobione krzesła. Oprócz nich (i łóżka) w pokoju nie było innych mebli. Na ścianach wisiały zapalone świece na srebrnych uchwytach, które dodawały pomieszczeniu przytulności. Było tam też jedno spore, spiczaste okno, przez które do pokoju wlewała się fioletowo-srebrzysta poświata. Zastanawiałam się gdzie jestem, gdy nagle otworzyły się drzwi, których wcześniej nie zauważyłam i do pokoju weszła wysoka kobieta, trzymająca w ręku kubek, z którego unosiła się para. Miała na sobie długą, ciemnofioletową sukienkę z czarnym gorsetem, a na nią narzucony czarny, aksamitny płaszcz z kapturem, wiązany na szyi. Jedyną biżuterią jaką miała na sobie były szafirowe kolczyki w kształcie kropli oraz granatowa opaska z szafirkiem w takim samym kształcie jak kolczyki, która lekko oplatała jej długie do pasa, czarne włosy. Jej oczy były koloru niebieskiego, nie zaraz... Raczej fioletowego... Nie potrafiłam określić, to było trochę tak, jakby jej oczy zmieniały kolor. Kiedy się do mnie odwróciła na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech, po chwili zapytała głębokim głosem:
- Jak się czujesz Lynette?  
Przez chwile patrzyłam w jej błyszczące oczy o nieokreślonym kolorze, zastanawiając się nad odpowiedzią. Głowę rozsadzał mi okropny ból. Kobieta popatrzyła na mnie ze zrozumieniem, po czym podała mi kubek, który trzymała w ręce.
- Masz, to ci dobrze zrobi - powiedziała.
To dziwne, ale może jakiś czar, który wywierała na mnie kobieta, a może piękny zapach, który unosił się znad kubka sprawiły, że w ogóle nie zawahałam się przed wypiciem jego zawartości. Wzięłam od niej kubek i wypiłam kilka łyków gorącego napoju. Poczułam jak po moim ciele rozchodzi się miłe ciepło i po chwili poczułam się na tyle dobrze, by usiąść na łóżku. Oddałam jej kubek, który natychmiast znikł w jej rękach. Gdy mogłam już normalnie myśleć powiedziałam:
-Dziękuję - Jednak po chwili dodałam - Kim... Kim pani jest?....
- Jestem Hekate, bogini magii - odpowiedziała, siadając na krześle obok łóżka.
Z tego co pamiętam (a jest tego niewiele) to gdy ostatnio spotkałam jakąś boginię to chciała zmienić mnie w robaka, więc postanowiłam być ostrożna, lecz nie potrafiłam się powstrzymać od zadawania pytań:
- Gdzie jesteśmy?
- W jednym z pomieszczeń mojego podziemnego pałacu oczywiście - Odpowiedziała Hekate, tonem niezdradzającym uczuć.
Popatrzyłam na tańczące po ścianie płomyki świec, a potem znów na tą dziwną kobietę. Skoro jest boginią, - pomyślałam - to może będzie znała odpowiedź na moje pytania i przy odrobinie szczęścia może będzie bardziej skora na nie odpowiedzieć, niż Artemida... Ale najpierw te ważniejsze:
-  Co się stało? Jak się tu znalazłam?
- Ach, to wszystko przez Ethana i jego... - zaczęła Hekate, lecz szybko jej przerwałam:
- Ethan?! On tu gdzieś jest?! - lecz zaraz oblałam się rumieńcem - Przepraszam... bo wie Pani... Ethan i ja... - zaczęłam się tłumaczyć, co było dość trudne, ponieważ widziałam, że Hekate nie może powstrzymać się od uśmiechu.
- Spokojnie - przerwała mi Hekate nadal się uśmiechając - Rozumiem, że mogłaś się za nim stęsknić... A jeśli wszystko pójdzie dobrze z planem, to za niedługo się z nim spotkasz... - dodała tajemniczo.
- Co? - zapytałam - Z jakim planem?
- Musimy się pośpieszyć... - Kontynuowała Hekate - Słudzy Minosa nie zostaną długo zmyleni, a i on zaczyna coś podejrzewać... - Mówiła jakby do siebie.
- Minos? Plan? - Pytałam dalej nic nie rozumiejąc.
Hekate jakby przypomniała sobie o mojej obecności i powiedziała:
- Nie ma czasu ci teraz tego wyjaśniać... Gdy spotkasz się z Ethanem sam ci to wyjaśni. - Po czym machnęła ręką i w fioletowym deszczu iskier pojawiło się małe zawiniątko. Hekate wzięła je do ręki i wyjęła z niego małą, świecącą buteleczkę, którą mi podała mówiąc:
- Masz, Ethan mówił, że... - Tu się na chwile zawahała - ... że to ci pomoże - dokończyła, po chwili namysłu.
Podała mi buteleczkę, a ja wpatrzyłam się w jej zawartość. Po chwili spytałam:
- I... co mam z nią zrobić?
Hekate wpatrywała się we mnie swoimi zmieniającymi kolor oczami, po czym odpowiedziała:
- Kiedy wyjdziesz z mojego pałacu i udasz się na spotkanie z Ethanem wypij to, dzięki temu będziesz... eee - Hekate szukała odpowiedniego słowa - Nierozpoznawalna - dokończyła.
- Ale Jeśli będę nierozpoznawalna, to czy Ethan mnie rozpozna? - Zastanawiałam się na głos.
- Tym nie powinnaś się martwić - Odpowiedziała Hekate, po czym dodała:
- A, i jeszcze coś - mówiąc to wyjęła z tobołka najdziwniejszą roślinę jaką kiedykolwiek widziałam - czarną róże.
- To jest róża z ogrodu Persefony - powiedziała - Słyszałam od Ethana, że masz pewnie problemy... z mrokiem... To powinno ci pomóc... - powiedziała podając mi róże.
Wzięłam ją do ręki. Gdy tylko moje palce dotknęły jej delikatnych płatków poczułam zimny dreszcz przeszywający moje ciało. Wpatrywałam się w tą dziwną roślinę, a potem popatrzyłam na Hekate pytającym wzrokiem.
- Gdy poczujesz, że ogarnia cię mrok oberwij jeden płatek - wyjaśniła Hekate.
- Dziękuję... - powiedziałam.
- Potraktuj to jako osobistą przysługę - powiedziała - A teraz chodź, musimy się pospieszyć - Mówiąc to wstała.
Ja też wstałam i... teraz dopiero zwróciłam uwagę na straszny stan mojego wyglądu. Sukienkę miałam pooraną długimi bruzdami, cała była poplamiona ciemno czerwoną cieczą, (czy to była krew?!) a już nie chciałam sobie wyobrażać w jakim stanie były moje włosy... Hekate najwyraźniej zauważyła wyraz mojej twarzy, bo powiedziała:
- Och, zapomniałabym - Po czym machnęła ręką w moją stronę przywracając mnie do ładu - Od razu lepiej - powiedziała - Chodźmy.
Wyszłam za nią na oświetlony fioletową łuną korytarz. Rozejrzałam się za źródłem tego dziwnego światła - pod sufitem unosiły się fioletowe kule czystej energii, od patrzenia na nie przed oczami pojawiły mi się kolorowe plamki. Nasze kroki dudniły na marmurowej posadzce. Na czarnych ścianach wisiały przepiękne gobeliny, przedstawiające różne sceny i miejsca. Zatrzymałam się na chwile przy gobelinie szytym złotą nicią. Przedstawiał przepiękne miasto tętniące życiem. Głównym punktem miasta był wysoko osadzony, przepiękny pałac, który górował nad miastem. Hekate zobaczyła, że na niego patrzę i powiedziała:
- Ten gobelin podarowała mi sama Atena. Przedstawia górę Olimp.
Stałam tak przez chwile podziwiając misternie wykonany gobelin, aż w końcu Hekate powiedziała:
- Chodźmy - I ruszyła dalej korytarzem.
Pobiegłam za nią. Choć korytarz był oświetlony to i tak panował w nim półmrok. Z głównym korytarzem, którym szłyśmy łączyły się mniejsze, boczne korytarze, z których ziała całkowita ciemność. Odnosiłam wrażenie, że coś się w nich czai. Nagle zobaczyłam wielki cień, wyskakujący właśnie z jednego z takich korytarzy. Zdążyłam tylko zobaczyć błysk kłów i pazurów i już leżałam na ziemi przygnieciona przez cielsko wielkiego potwora. Jego potężne, umięśnione łapy przytrzymywały mnie długimi pazurami. Widać było, że jest przyzwyczajony do szybkich odległości, zważywszy na jego smukłą sylwetkę i wysportowane ciało. Właściwie to wyglądał jak ogromny lew, tylko, że zamiast zwykłego, lwiego ogona miał wielki, gotowy do ataku ogon skorpiona. Wpatrywał się we mnie dzikimi ślepiami gotów w każdej chwili zaatakować. Półżywa ze strachu wydałam z siebie zduszony jęk. I gdy już myślałam, że jestem na łasce potwora usłyszałam znajomy głos:
- Zostaw! - Hekate wydała srogą komedę głosem nie znającym sprzeciwu.
Potwór wydał niezadowolony pomruk i (całe szczęście!) zszedł ze mnie. Miękkimi, kocimi ruchami bezszelestnie zniknął w ciemnym korytarzu, powarkując i rzucając mi ostanie złowrogie spojrzenia, powiedziałabym, że wręcz łakome.... Nadal oszołomiona spojrzałam na moją wybawicielkę i zapytałam roztrzęsionym głosem:
- Co... Co to było?!
- Mantikora - Odpowiedziała obojętnie Hekate.
Widząc wyraz mojej twarzy dodała:
- No co? Już nie można mieć w domu zwierzątek?
Po czym nie czekając na moją odpowiedź ruszyła dalej ciemnym korytarzem. Szybko ją dogoniłam, nerwowo zerkając na ciemne, boczne korytarze, z których dało się słyszeć złowrogie pomruki. Szłyśmy tak przez pewien czas, w milczeniu. Po chwili zaczęłam się zastanawiać, czy ten korytarz kiedykolwiek się skończy, lecz właśnie wtedy dotarłyśmy do wielkich, żelaznych, dwuskrzydłowych drzwi. Całe były wypełnione misternie zdobionymi, pozłacanymi płaskorzeźbami, które przedstawiały najróżniejsze przedmioty (pewnie jakieś artefakty magii). Hekate lekko pociągnęła srebrną klamkę i drzwi otworzyły się odsłaniając widok na najdziwniejszy krajobraz, jaki w życiu widziałam. Znajdowaliśmy się jakby w rozległej, nie mającej końca jaskini. Z czarnego skalnego sufitu zwieszały się ogromne, dwudziestometrowe stalaktyty, wiszące niebezpiecznie nad niżej położoną doliną niczym złowrogie, czarne sople gotowe w każdej chwili oderwać się od sklepienia i runąć w dół, miażdżąc wszystko, co się pod nimi znajdowało. Jednak odległość od nich do podłoża była tak wielka, że wyglądały jakby były długości wykałaczek. Na dole w nie mającej końca kolejce wolno posuwały się miliony, a może nawet miliardy na wpół przeźroczystych ludzi, o twarzach nie mających wyrazu. Te dziwne zjawy sunęły w powietrzu, pół metra nad ziemią , pokonywały szeroką rzekę o czarnych wodach, wysiadały z łódki sterowanej przez wysoką, zakapturzoną postać, po czym dołączały do innych powoli sunąc w kolejce. Gdzieś daleko widać było wielką kamienną ławę, do której zmierzał ten dziwny niezliczony tłum. Przy tej ławie siedziało trzech brodatych meszczyzn. Wzrostem przewyższali oni zwykłych ludzi, mogli mieć około dwóch i pół metra, choć z daleka trudno to było stwierdzić. Przed nimi stała właśnie jedna z tych dziwnych postaci, jakby czekająca na wyrok. Obok nich, na straży stał na potężnych łapach ogromny, dobrze zbudowany pies, który przypominał olbrzymiego rottweilera. Tyle tylko, że z dobrze umięśnionej szyi na przechodzące tamtędy zjawy groźnie łypały trzy wielkie łby, odsłaniając trzy komplety długich i ostrych jak brzytwa kłów, gotowych przegryźć na pół ciężarówkę.Ten piekielny pies pilnował trzech dróg, które były rozwidleniem długiej kolejki kończącej się przy tej kamiennej ławie. Tymi trzema drogami na wpół przeźroczyści ludnie sunęli dalej, jednak teraz wyraźnie dało się widzieć pomiędzy nimi różnice. Ci pierwsi, którzy szli na lewo jakby odzyskali swoje barwy i uśmiechy na twarzach. Oni kończyli swą drogę przy jakimś miejscu, które tu wyraźnie nie pasowało i było chyba najmilsze w całej tej krainie. Świeciło tam miniaturowe słońce i wiał ciepły wiatr... W nastawieniu tych drugich, idących drogą środkową praktycznie nic się ni zmieniło - nadal byli przeźroczyści i bez wyrazu. Przechodzili przez mlecznobiałą rzekę, potem zmierzali na rozległą, niekończącą się równinę, na której snuło się bez celu już wielu podobnych. Ci ostatni idący na lewo byli chyba trochę przestraszeni. Aby dojść do celu musieli przejść przez wody, szerokiej rzeki... całej z ognia. Gdy wreszcie się im udawało wchodzili do miejsca otoczonego kamiennym murem, skąd dochodziły ich pełne bólu i strachu krzyki. W oddali widać było jeszcze kilka dziwnych miejsc i pomniejszych pałacy, jednak moją uwagę przykuł największy, górujący nad tym wszystkim ogromny pałac. Wyglądało na to, że jego budowniczy wzorował się na tym, który znajduję się na górze Olimp, tyle tylko, że ten był jego mroczniejszym odzwierciedleniem. Posiadał on cztery lśniące, obsydianowe wieże ze ostrymi zakończeniami. Wielkie, spiczaste okna dodawały mu złowieszczego wyglądu. Na dachu siedziały odstraszające, kamienne gargulce, jednak po dłuższej chwili wpatrywania się w nie ze zgrozą uświadomiłam sobie, że są to szkielety jakiś strasznych, skrzydlatych stworzeń. A i nad pałacem krążyły jakieś latające istoty.... Wrota pałacu były chyba najstraszniejsze, ponieważ w całości były wykonane z... ludzkich kości. Nawet za klamkę robiła piszczel jakiegoś nieszczęśnika. Wzdrygnęłam się na ten widok. Cała ta kraina wyglądała jak...
- To Hades. Kraina śmierci. - sprostowała Hekate.
- Kraina śmierci? - Całe moje ciało przeszył lodowaty dreszcz.
- No bo widzisz, gdy człowiek umiera rodzina daje mu dwie drachmy... 
- Drachmy?
- Takie starożytne pieniądze - Wyjaśniła szybko Hekate - No więc... Dają mu dwie drachmy, żeby mógł zapłacić, żeby Charon mógł go przeprawić przez rzekę Styks...
Już chciałam zapytać o co chodzi, lecz Hekate rozwiała moje wątpliwości wzkazując palcem na zakapturzoną postać w łódce, do której wsiadała właśnie następna przeźroczysta postać.
-... Potem - Kontynuowała Hekate - Dusza tego człowieka dołącza do tej wielkiej kolejki aż do tamtej kamiennej ławy.
Podążałam wzrokiem, za wskazującym pacem Hekate. Mój wzrok osiadł na trzech postaciach siedzących za kamienną ławą. Po chwili usłyszałam wyjaśniający głos Hekate:
- To są trzej sędziowie Hadesu, pierwszy z nich pokazuje co było dobre w życiu człowieka, drugi to, co złe, no a trzeci sumuje to wszystko i wydaje wyrok. Za bohaterstwo i odwagę można trafić do Elizeum, za kłamstwo i obłudę na Pola Kary, a jeżeli nie przeważa ani dobro ani zło wysyłają cię na Łąki Asfadelowe, gdzie snujesz się bez celu przez całą wieczność... Jak widzisz - Hekate nagle się ożywiła - Koło nich stoi Cerber, bardzo miły z niego psiak, choć... nie lubi intruzów - Powiedziała ostrzegawczo Hekate.
- OK, będę na niego uważać - powiedziałam, niezbyt zadowolona z perspektywy spotkania z tym wyrośniętym rottweilerem.
- Tam mieszka Hades, król podziemia - Hekate wskazała na wielki pałac - Radzę ci się do niego nie zbliżać...
- Rozumiem...
- W takim razie słuchaj - Zaczeła Hekate - Ethan chciał się z tobą spotkać przy jeziorze Stygijskim, aby do niego dotrzeć musisz pójść brzegiem Styksu - wskazała na czarne wody rzeki- Gdy się spotkacie on powie ci resztę... Powodzenia Lynette! 
Po wypowiedzeniu tych słów Hekate machnęła ręką i żelazne drzwi zatrzasnęły się, zostawiając mnie samą. Powoli ruszyłam w dół. Schodząc ze stromego zbocza kilka razy poślizgnęłam się na sypkim żwirze, lecz ostatecznie udało mi się zachować równowagę. Szłam tak przez jakiś czas, aż w końcu udało mi się dotrzeć na skraj doliny. Teraz widok zasłaniała mi niekończąca się kolejka dusz, ale ja wiedziałam co jest przede mną - Pałac Hadesa. Wyjęłam małą, świecącą buteleczkę od Hekate. Przez chwile się wahałam wpatrując się w świecący płyn, po czym wypiłam go jednym chlustem. Przez chwile nic się nie działo, lecz nagle zgięłam się w pół i upuściłam buteleczkę, która rozbiła się na milion kawałków. Czułam, jakby w moim wnętrzu szalał żywy ogień. Nie mogłam zaczerpnąć powietrza i gdy już myślałam, że zostałam otruta nagle... wszystko ustąpiło. Zdezorjętowana spojrzałam na swoje ręce - nie zobaczyłam żadnej różnicy. Może zmieniłam się w oczach tamtych - pomyślałam, patrząc na dusze sunące w kolejce. Niepewnym krokiem ruszyłam w ich kierunku - nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Poczułam się pewnej i zaczęłam przepychać się przez tłum. Po chwili zaczęło mnie ogarniać dziwne poczucie, że nie mam kontroli nad swoim ciałem, a przed oczami zaczęła pojawiać się mgła. No nie - pomyślałam - Nie teraz.... Popatrzyłam na czarną róże, którą nadal trzymałam w ręce i oberwałam jeden jej płatek. Poczekałam chwile, lecz uczucie wciąż narastało. Oberwałam drugi płatek - z takim samym skutkiem. Zdesperowana zaczęłam obrywać płatki bez opamiętania. W końcu zaczęło mi się rozjaśniać przed oczami i odzyskałam czucie w kończynach. Schowałam róże (której teraz brakowało połowy płatków) i ruszyłam dalej. Po kilku minutach przedzierania się przez tłum dotarłam do czarnych wód Styksu. Zdziwiona zauważyłam, że wraz z rwącym nurtem płyną najróżniejsze przedmioty. Były tam lalki, pluszowe misie, ale też dokumenty, zdjęcia itp. Szłam brzegiem rzeki, zastanawiając co te przedmioty mogą oznaczać. Zauważyłam, że wielkiej kolejki pilnują szkieletowi wojownicy. Mieli na sobie metalowe zbroje i hełmy, a za pasami zwisały im długie miecze, za to w kościstych rękach trzymali długie, ostre włócznie. Właśnie popychali nimi jakąś zbłąkaną duszę prowadząc ją na koniec kolejki. Z przerażeniem stwierdziłam, że dwóch szkieletowych strażników idzie w moją stronę... Szybko wmieszałam się w tłum biegnąc pod prąd kolejki. Jednak kątem oka zauważyłam, że szkielety już ruszyły w pościg. Szybcy są, jak na umarłych - pomyślałam ze strachem. Biegłam ile sił w nogach, przepychając się pomiędzy duszami. Niektóre rzucały mi przelotne spojrzenia, lecz większość nie zwracała na mnie uwagi. Po chwili szkielety zaczęły mnie doganiać. Co gorsza znowu wróciły mi zawroty głowy. Opadałam z sił, nie mogłam biec dalej. Zatrzymałam się, nie mogłam dalej biec. Oszołomiona patrzyłam, jak do mnie podchodzą i wpychają gdzieś do kolejki. Szłam na sztywnych nogach gdzie mi kazali, jakby pchana przez jakąś niewidzialną siłę. Gorączkowo starałam się coś wymyśleć, lecz głowę rozsadzał mi okropny ból. Gdy trochę przygasł pomyślałam - Teraz nie uda mi się stąd wyrwać... Chociaż? To może nawet dobrze - W mojej głowie pojawiła się nieoczekiwana myśl - Może ci sędziowie pokażą mi moje całe życie? Przecież ucieknę przy najlepszej okazji... Z tą myślą zostałam wypchnięta gdzieś do przodu, już chciałam się odwrócić i zapytać kto to zrobił, gdy nagle zamarłam w bezruchu. Stałam przed wysoką na trzy metry ławą za którą siedzieli trzej mężczyźni równie wielkich rozmiarów. Pierwszy z nich spojrzał mi w oczy i nagle pojawiła się wizja. Przed moimi oczami przeleciało w jednym momęcie milion obrazów. Na niektórych byłam ja przytulająca się do jakiejś kobiety, która pewnie była moją matką, na innych pomagałam jakiejś starszej kobiecie. Był tam też Ethan... Przemknęły mi przed oczami niezliczone twarze i sytuacje, a było tego tyle, że po chwili byłam całkiem skołowana. Nagle wizja się urwała, znów stałam przed wielką, kamienną ławą. Wtedy drugi mężczyzna spojrzał mi w oczy. Moje myśli znów zalał potok zdarzeń. Byliśmy tam ja i Ethan, włamywaliśmy się do jakiegoś dziwnego pomieszczenia... Nagle obraz zaczął się zamazywać, widziałam zdziwione (pewnie tak samo jak moja) twarze sędzi. Po chwili obraz ustąpił miejsca innemu. Widziałam siebie w tej właśnie chwili, stojącą przed siedziami. Obraz zadygotał i zgasł, wpatrywałam się teraz w trzy zdziwione twarze sędzi. Patrzyli na mnie w oszołomieniu, nie wiedząc, co o tym myśleć. Ooł...- pomyślałam, rzucając się do ucieczki. Nie udało mi się jednak zrobić ani kroku, nogi miałam jak z waty. Spojrzałam w dół na swoje nogi i z okrzykiem przerażenia i zdziwienia stwierdziłam, że ich nie widzę! Unosiłam się nad ziemią, tak samo jak inne dusze. Pierwszy sędzia zdołał się już otrząsnąć z oszołomienia i zawołał:
- Cerber! Bierz ją!!!
W ułamku sekundy wielki, trzygłowy pies rzucił się na mnie i chwycił zębami za skrawek mojej sukienki. Po chwili wisiałam w powietrzu, trzymana przez środkową z głów. Dwie pozostałe ujadały wściekle odsłaniając potężne kły. Na domiar złego ból powrócił, a przed oczami pojawiła się mgła. Spojrzałam na moje ręce, które były teraz na wpół przeźroczyste. Cerber szarpnął mną gwałtownie i czarna róża, którą dostałam od Hekate wysunęła się mi zza pasa i wolno opadła na skalne podłoże. Ale ja już tego nie widziałam, nieprzytomna wisiałam trzy metry nad ziemią, na łasce trzygłowego, piekielnego psa.


                                    ***  
Niewiele pamiętam z tego co działo się dalej. Wiem, że obudziłam się ciągnięta przez dwóch szkieletowych strażników. Przeszliśmy przez bramę wykonaną z kości, a potem ruszyliśmy w kierunku wielkiego, czarnego pałacu. Nad nim krążyły dziwne, przypominające człowieka skrzydlate stworzenia. Miały szerokie, błoniaste skrzydła i przypominały trochę nietoperze. Weszliśmy przez wielkie, kute wrota do obszernego hallu. Na lśniących, obsydianowych ścianach wisiały pochodnie, które zamiast uchwytów były  przymocowane do ściany za pomocą kościstych dłoni. Wyglądało to tak, jakby wynurzające się ze ściany szkieletowe ręce je podtrzymywały. Korytarz nie był oświetlony, przez inne źródło światła.  Po szkarłatnym dywanie szła nam na spotkanie piękna kobieta. Jej długie, brązowe, kręcone włosy delikatnie opadały kaskadą na plecy. Miała na sobie długą, zieloną sunie z gorsetem. Spojrzała na mnie lodowato swoimi morskimi oczami. Następnie dała znak dłonią, żeby szkielety poszły za nią. Po chwili otworzyła któreś z drzwi i powiedziała melodyjnym głosem:
- Hadesie, masz gości.
- Dobrze Persefono, wprowadź ich. - odpowiedział męski głos z wnętrza pokoju.
Szkielety wciągnęły mnie do środka obszernej komnaty. Na ścianach wisiały ludzkie czaszki, które nadawały jej mrocznego wyglądu. W centrum pokoju stały cztery posągi przedstawiające wielkie, skrzydlate potwory, pilnujące ozdobionego szlachetnymi kamieniami tronu. T Na tym wielkim, błyszczącym tronie siedział wysoki mężczyzna. Miał czarne włosy i lekki zarost. Był wyjątkowo blady, chociaż miał dobrze zbudowaną sylwetkę. Patrzył na mnie szarymi oczami. Gdy wstał fałdy jego czarnej szaty lekko zafalowały. Zmierzył mnie wzrokiem po czym powiedział wyjątkowo mocnym głosem:
- A, kogo mi tu przyprowadzacie?! Przecież ona żyje!
- Wiem panie - odpowiedziała cierpliwie Persefona - Ta dziewczyna narobiła dzisiaj niezłego zamieszania przy sądzie...
Hades opadł na tron. Przez chwile siedział tak w ciszy  jakby zastanawiając się co ze mną zrobić.
- Zamknijcie ją w moich lochach. Zajmę się nią później, a jeżeli zemrze do tej pory, to będziemy mieć kolejną duszę, którą trzeba się zająć! - zabrzmiał jego srogi rozkaz.
_________________________________________
 Witajcie! Baaardzo przepraszamy za nie wstawianie rozdziałów, ale ja i Mima byłyśmy na wyjeździe... Bardzo staramy się wstawiać rozdziały na czas, ale czasem po prostu nie ma kto tego zrobić. Mamy nadzieję na zrozumienie w tej sprawie. Dziękujemy za wyrozumiałość.
komentujcie
buuuuziaczki ;-* ;-* ;-*
Zomiju






poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Buuuuu...

Za nieobecność przepraszamy ale obie byłyśmy na wyjeździe wakacyjnym i nie mogłyśmy wstawić rozdziału, ale pojawi się on niedługo bo jest napisany lecz mogą wystąpić problemy ze wstawieniem.....