wtorek, 18 sierpnia 2015

Rozdział XVII Coś zawsze musi pójść nie tak...

                                    Lynette
Obudziłam się w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Leżałam w skalnej wnęce na grubej warstwie zwierzęcych skór. Pod głowę miałam włożony jakiś miękki tobołek, który pewnie miał zastąpić poduszkę. Usiłowałam się podnieść lecz gdy tylko uniosłam głowę uświadomiłam sobie jak bardzo jestem słaba i znów opadłam na moją prymitywną  poduszkę. Starałam sobie przypomnieć co się właściwie stało. Pamiętałam, że napadły mnie potwory, a potem... Potem jakiś mężczyzna mnie badał... Z  tego co pamiętam to był jakiś lekarz. Potem chyba znowu straciłam przytomność, bo nie mam pojęcia jak się tu dostałam... A tak w ogóle to gdzie byłam? Rozejrzałam się po tym dziwnym pokoju. W pomieszczeniu panował półmrok lecz dało się dostrzec poszczególne elementy. Całe pomieszczenie sprawiało dość dziwne wrażenie, ponieważ było wykute w litej skale. Z skalnego sufitu (o dziwo) zwisał piękny, kryształowy żyrandol, na którym była zawieszona niezliczona ilość świec . Małe kryształki odbijały światło w taki sposób, że w każdym pojawiała się miniaturowa tęcza. W pokoju stał mały, drewniany stół, a obok niego dwa misternie zdobione krzesła. Oprócz nich (i łóżka) w pokoju nie było innych mebli. Na ścianach wisiały zapalone świece na srebrnych uchwytach, które dodawały pomieszczeniu przytulności. Było tam też jedno spore, spiczaste okno, przez które do pokoju wlewała się fioletowo-srebrzysta poświata. Zastanawiałam się gdzie jestem, gdy nagle otworzyły się drzwi, których wcześniej nie zauważyłam i do pokoju weszła wysoka kobieta, trzymająca w ręku kubek, z którego unosiła się para. Miała na sobie długą, ciemnofioletową sukienkę z czarnym gorsetem, a na nią narzucony czarny, aksamitny płaszcz z kapturem, wiązany na szyi. Jedyną biżuterią jaką miała na sobie były szafirowe kolczyki w kształcie kropli oraz granatowa opaska z szafirkiem w takim samym kształcie jak kolczyki, która lekko oplatała jej długie do pasa, czarne włosy. Jej oczy były koloru niebieskiego, nie zaraz... Raczej fioletowego... Nie potrafiłam określić, to było trochę tak, jakby jej oczy zmieniały kolor. Kiedy się do mnie odwróciła na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech, po chwili zapytała głębokim głosem:
- Jak się czujesz Lynette?  
Przez chwile patrzyłam w jej błyszczące oczy o nieokreślonym kolorze, zastanawiając się nad odpowiedzią. Głowę rozsadzał mi okropny ból. Kobieta popatrzyła na mnie ze zrozumieniem, po czym podała mi kubek, który trzymała w ręce.
- Masz, to ci dobrze zrobi - powiedziała.
To dziwne, ale może jakiś czar, który wywierała na mnie kobieta, a może piękny zapach, który unosił się znad kubka sprawiły, że w ogóle nie zawahałam się przed wypiciem jego zawartości. Wzięłam od niej kubek i wypiłam kilka łyków gorącego napoju. Poczułam jak po moim ciele rozchodzi się miłe ciepło i po chwili poczułam się na tyle dobrze, by usiąść na łóżku. Oddałam jej kubek, który natychmiast znikł w jej rękach. Gdy mogłam już normalnie myśleć powiedziałam:
-Dziękuję - Jednak po chwili dodałam - Kim... Kim pani jest?....
- Jestem Hekate, bogini magii - odpowiedziała, siadając na krześle obok łóżka.
Z tego co pamiętam (a jest tego niewiele) to gdy ostatnio spotkałam jakąś boginię to chciała zmienić mnie w robaka, więc postanowiłam być ostrożna, lecz nie potrafiłam się powstrzymać od zadawania pytań:
- Gdzie jesteśmy?
- W jednym z pomieszczeń mojego podziemnego pałacu oczywiście - Odpowiedziała Hekate, tonem niezdradzającym uczuć.
Popatrzyłam na tańczące po ścianie płomyki świec, a potem znów na tą dziwną kobietę. Skoro jest boginią, - pomyślałam - to może będzie znała odpowiedź na moje pytania i przy odrobinie szczęścia może będzie bardziej skora na nie odpowiedzieć, niż Artemida... Ale najpierw te ważniejsze:
-  Co się stało? Jak się tu znalazłam?
- Ach, to wszystko przez Ethana i jego... - zaczęła Hekate, lecz szybko jej przerwałam:
- Ethan?! On tu gdzieś jest?! - lecz zaraz oblałam się rumieńcem - Przepraszam... bo wie Pani... Ethan i ja... - zaczęłam się tłumaczyć, co było dość trudne, ponieważ widziałam, że Hekate nie może powstrzymać się od uśmiechu.
- Spokojnie - przerwała mi Hekate nadal się uśmiechając - Rozumiem, że mogłaś się za nim stęsknić... A jeśli wszystko pójdzie dobrze z planem, to za niedługo się z nim spotkasz... - dodała tajemniczo.
- Co? - zapytałam - Z jakim planem?
- Musimy się pośpieszyć... - Kontynuowała Hekate - Słudzy Minosa nie zostaną długo zmyleni, a i on zaczyna coś podejrzewać... - Mówiła jakby do siebie.
- Minos? Plan? - Pytałam dalej nic nie rozumiejąc.
Hekate jakby przypomniała sobie o mojej obecności i powiedziała:
- Nie ma czasu ci teraz tego wyjaśniać... Gdy spotkasz się z Ethanem sam ci to wyjaśni. - Po czym machnęła ręką i w fioletowym deszczu iskier pojawiło się małe zawiniątko. Hekate wzięła je do ręki i wyjęła z niego małą, świecącą buteleczkę, którą mi podała mówiąc:
- Masz, Ethan mówił, że... - Tu się na chwile zawahała - ... że to ci pomoże - dokończyła, po chwili namysłu.
Podała mi buteleczkę, a ja wpatrzyłam się w jej zawartość. Po chwili spytałam:
- I... co mam z nią zrobić?
Hekate wpatrywała się we mnie swoimi zmieniającymi kolor oczami, po czym odpowiedziała:
- Kiedy wyjdziesz z mojego pałacu i udasz się na spotkanie z Ethanem wypij to, dzięki temu będziesz... eee - Hekate szukała odpowiedniego słowa - Nierozpoznawalna - dokończyła.
- Ale Jeśli będę nierozpoznawalna, to czy Ethan mnie rozpozna? - Zastanawiałam się na głos.
- Tym nie powinnaś się martwić - Odpowiedziała Hekate, po czym dodała:
- A, i jeszcze coś - mówiąc to wyjęła z tobołka najdziwniejszą roślinę jaką kiedykolwiek widziałam - czarną róże.
- To jest róża z ogrodu Persefony - powiedziała - Słyszałam od Ethana, że masz pewnie problemy... z mrokiem... To powinno ci pomóc... - powiedziała podając mi róże.
Wzięłam ją do ręki. Gdy tylko moje palce dotknęły jej delikatnych płatków poczułam zimny dreszcz przeszywający moje ciało. Wpatrywałam się w tą dziwną roślinę, a potem popatrzyłam na Hekate pytającym wzrokiem.
- Gdy poczujesz, że ogarnia cię mrok oberwij jeden płatek - wyjaśniła Hekate.
- Dziękuję... - powiedziałam.
- Potraktuj to jako osobistą przysługę - powiedziała - A teraz chodź, musimy się pospieszyć - Mówiąc to wstała.
Ja też wstałam i... teraz dopiero zwróciłam uwagę na straszny stan mojego wyglądu. Sukienkę miałam pooraną długimi bruzdami, cała była poplamiona ciemno czerwoną cieczą, (czy to była krew?!) a już nie chciałam sobie wyobrażać w jakim stanie były moje włosy... Hekate najwyraźniej zauważyła wyraz mojej twarzy, bo powiedziała:
- Och, zapomniałabym - Po czym machnęła ręką w moją stronę przywracając mnie do ładu - Od razu lepiej - powiedziała - Chodźmy.
Wyszłam za nią na oświetlony fioletową łuną korytarz. Rozejrzałam się za źródłem tego dziwnego światła - pod sufitem unosiły się fioletowe kule czystej energii, od patrzenia na nie przed oczami pojawiły mi się kolorowe plamki. Nasze kroki dudniły na marmurowej posadzce. Na czarnych ścianach wisiały przepiękne gobeliny, przedstawiające różne sceny i miejsca. Zatrzymałam się na chwile przy gobelinie szytym złotą nicią. Przedstawiał przepiękne miasto tętniące życiem. Głównym punktem miasta był wysoko osadzony, przepiękny pałac, który górował nad miastem. Hekate zobaczyła, że na niego patrzę i powiedziała:
- Ten gobelin podarowała mi sama Atena. Przedstawia górę Olimp.
Stałam tak przez chwile podziwiając misternie wykonany gobelin, aż w końcu Hekate powiedziała:
- Chodźmy - I ruszyła dalej korytarzem.
Pobiegłam za nią. Choć korytarz był oświetlony to i tak panował w nim półmrok. Z głównym korytarzem, którym szłyśmy łączyły się mniejsze, boczne korytarze, z których ziała całkowita ciemność. Odnosiłam wrażenie, że coś się w nich czai. Nagle zobaczyłam wielki cień, wyskakujący właśnie z jednego z takich korytarzy. Zdążyłam tylko zobaczyć błysk kłów i pazurów i już leżałam na ziemi przygnieciona przez cielsko wielkiego potwora. Jego potężne, umięśnione łapy przytrzymywały mnie długimi pazurami. Widać było, że jest przyzwyczajony do szybkich odległości, zważywszy na jego smukłą sylwetkę i wysportowane ciało. Właściwie to wyglądał jak ogromny lew, tylko, że zamiast zwykłego, lwiego ogona miał wielki, gotowy do ataku ogon skorpiona. Wpatrywał się we mnie dzikimi ślepiami gotów w każdej chwili zaatakować. Półżywa ze strachu wydałam z siebie zduszony jęk. I gdy już myślałam, że jestem na łasce potwora usłyszałam znajomy głos:
- Zostaw! - Hekate wydała srogą komedę głosem nie znającym sprzeciwu.
Potwór wydał niezadowolony pomruk i (całe szczęście!) zszedł ze mnie. Miękkimi, kocimi ruchami bezszelestnie zniknął w ciemnym korytarzu, powarkując i rzucając mi ostanie złowrogie spojrzenia, powiedziałabym, że wręcz łakome.... Nadal oszołomiona spojrzałam na moją wybawicielkę i zapytałam roztrzęsionym głosem:
- Co... Co to było?!
- Mantikora - Odpowiedziała obojętnie Hekate.
Widząc wyraz mojej twarzy dodała:
- No co? Już nie można mieć w domu zwierzątek?
Po czym nie czekając na moją odpowiedź ruszyła dalej ciemnym korytarzem. Szybko ją dogoniłam, nerwowo zerkając na ciemne, boczne korytarze, z których dało się słyszeć złowrogie pomruki. Szłyśmy tak przez pewien czas, w milczeniu. Po chwili zaczęłam się zastanawiać, czy ten korytarz kiedykolwiek się skończy, lecz właśnie wtedy dotarłyśmy do wielkich, żelaznych, dwuskrzydłowych drzwi. Całe były wypełnione misternie zdobionymi, pozłacanymi płaskorzeźbami, które przedstawiały najróżniejsze przedmioty (pewnie jakieś artefakty magii). Hekate lekko pociągnęła srebrną klamkę i drzwi otworzyły się odsłaniając widok na najdziwniejszy krajobraz, jaki w życiu widziałam. Znajdowaliśmy się jakby w rozległej, nie mającej końca jaskini. Z czarnego skalnego sufitu zwieszały się ogromne, dwudziestometrowe stalaktyty, wiszące niebezpiecznie nad niżej położoną doliną niczym złowrogie, czarne sople gotowe w każdej chwili oderwać się od sklepienia i runąć w dół, miażdżąc wszystko, co się pod nimi znajdowało. Jednak odległość od nich do podłoża była tak wielka, że wyglądały jakby były długości wykałaczek. Na dole w nie mającej końca kolejce wolno posuwały się miliony, a może nawet miliardy na wpół przeźroczystych ludzi, o twarzach nie mających wyrazu. Te dziwne zjawy sunęły w powietrzu, pół metra nad ziemią , pokonywały szeroką rzekę o czarnych wodach, wysiadały z łódki sterowanej przez wysoką, zakapturzoną postać, po czym dołączały do innych powoli sunąc w kolejce. Gdzieś daleko widać było wielką kamienną ławę, do której zmierzał ten dziwny niezliczony tłum. Przy tej ławie siedziało trzech brodatych meszczyzn. Wzrostem przewyższali oni zwykłych ludzi, mogli mieć około dwóch i pół metra, choć z daleka trudno to było stwierdzić. Przed nimi stała właśnie jedna z tych dziwnych postaci, jakby czekająca na wyrok. Obok nich, na straży stał na potężnych łapach ogromny, dobrze zbudowany pies, który przypominał olbrzymiego rottweilera. Tyle tylko, że z dobrze umięśnionej szyi na przechodzące tamtędy zjawy groźnie łypały trzy wielkie łby, odsłaniając trzy komplety długich i ostrych jak brzytwa kłów, gotowych przegryźć na pół ciężarówkę.Ten piekielny pies pilnował trzech dróg, które były rozwidleniem długiej kolejki kończącej się przy tej kamiennej ławie. Tymi trzema drogami na wpół przeźroczyści ludnie sunęli dalej, jednak teraz wyraźnie dało się widzieć pomiędzy nimi różnice. Ci pierwsi, którzy szli na lewo jakby odzyskali swoje barwy i uśmiechy na twarzach. Oni kończyli swą drogę przy jakimś miejscu, które tu wyraźnie nie pasowało i było chyba najmilsze w całej tej krainie. Świeciło tam miniaturowe słońce i wiał ciepły wiatr... W nastawieniu tych drugich, idących drogą środkową praktycznie nic się ni zmieniło - nadal byli przeźroczyści i bez wyrazu. Przechodzili przez mlecznobiałą rzekę, potem zmierzali na rozległą, niekończącą się równinę, na której snuło się bez celu już wielu podobnych. Ci ostatni idący na lewo byli chyba trochę przestraszeni. Aby dojść do celu musieli przejść przez wody, szerokiej rzeki... całej z ognia. Gdy wreszcie się im udawało wchodzili do miejsca otoczonego kamiennym murem, skąd dochodziły ich pełne bólu i strachu krzyki. W oddali widać było jeszcze kilka dziwnych miejsc i pomniejszych pałacy, jednak moją uwagę przykuł największy, górujący nad tym wszystkim ogromny pałac. Wyglądało na to, że jego budowniczy wzorował się na tym, który znajduję się na górze Olimp, tyle tylko, że ten był jego mroczniejszym odzwierciedleniem. Posiadał on cztery lśniące, obsydianowe wieże ze ostrymi zakończeniami. Wielkie, spiczaste okna dodawały mu złowieszczego wyglądu. Na dachu siedziały odstraszające, kamienne gargulce, jednak po dłuższej chwili wpatrywania się w nie ze zgrozą uświadomiłam sobie, że są to szkielety jakiś strasznych, skrzydlatych stworzeń. A i nad pałacem krążyły jakieś latające istoty.... Wrota pałacu były chyba najstraszniejsze, ponieważ w całości były wykonane z... ludzkich kości. Nawet za klamkę robiła piszczel jakiegoś nieszczęśnika. Wzdrygnęłam się na ten widok. Cała ta kraina wyglądała jak...
- To Hades. Kraina śmierci. - sprostowała Hekate.
- Kraina śmierci? - Całe moje ciało przeszył lodowaty dreszcz.
- No bo widzisz, gdy człowiek umiera rodzina daje mu dwie drachmy... 
- Drachmy?
- Takie starożytne pieniądze - Wyjaśniła szybko Hekate - No więc... Dają mu dwie drachmy, żeby mógł zapłacić, żeby Charon mógł go przeprawić przez rzekę Styks...
Już chciałam zapytać o co chodzi, lecz Hekate rozwiała moje wątpliwości wzkazując palcem na zakapturzoną postać w łódce, do której wsiadała właśnie następna przeźroczysta postać.
-... Potem - Kontynuowała Hekate - Dusza tego człowieka dołącza do tej wielkiej kolejki aż do tamtej kamiennej ławy.
Podążałam wzrokiem, za wskazującym pacem Hekate. Mój wzrok osiadł na trzech postaciach siedzących za kamienną ławą. Po chwili usłyszałam wyjaśniający głos Hekate:
- To są trzej sędziowie Hadesu, pierwszy z nich pokazuje co było dobre w życiu człowieka, drugi to, co złe, no a trzeci sumuje to wszystko i wydaje wyrok. Za bohaterstwo i odwagę można trafić do Elizeum, za kłamstwo i obłudę na Pola Kary, a jeżeli nie przeważa ani dobro ani zło wysyłają cię na Łąki Asfadelowe, gdzie snujesz się bez celu przez całą wieczność... Jak widzisz - Hekate nagle się ożywiła - Koło nich stoi Cerber, bardzo miły z niego psiak, choć... nie lubi intruzów - Powiedziała ostrzegawczo Hekate.
- OK, będę na niego uważać - powiedziałam, niezbyt zadowolona z perspektywy spotkania z tym wyrośniętym rottweilerem.
- Tam mieszka Hades, król podziemia - Hekate wskazała na wielki pałac - Radzę ci się do niego nie zbliżać...
- Rozumiem...
- W takim razie słuchaj - Zaczeła Hekate - Ethan chciał się z tobą spotkać przy jeziorze Stygijskim, aby do niego dotrzeć musisz pójść brzegiem Styksu - wskazała na czarne wody rzeki- Gdy się spotkacie on powie ci resztę... Powodzenia Lynette! 
Po wypowiedzeniu tych słów Hekate machnęła ręką i żelazne drzwi zatrzasnęły się, zostawiając mnie samą. Powoli ruszyłam w dół. Schodząc ze stromego zbocza kilka razy poślizgnęłam się na sypkim żwirze, lecz ostatecznie udało mi się zachować równowagę. Szłam tak przez jakiś czas, aż w końcu udało mi się dotrzeć na skraj doliny. Teraz widok zasłaniała mi niekończąca się kolejka dusz, ale ja wiedziałam co jest przede mną - Pałac Hadesa. Wyjęłam małą, świecącą buteleczkę od Hekate. Przez chwile się wahałam wpatrując się w świecący płyn, po czym wypiłam go jednym chlustem. Przez chwile nic się nie działo, lecz nagle zgięłam się w pół i upuściłam buteleczkę, która rozbiła się na milion kawałków. Czułam, jakby w moim wnętrzu szalał żywy ogień. Nie mogłam zaczerpnąć powietrza i gdy już myślałam, że zostałam otruta nagle... wszystko ustąpiło. Zdezorjętowana spojrzałam na swoje ręce - nie zobaczyłam żadnej różnicy. Może zmieniłam się w oczach tamtych - pomyślałam, patrząc na dusze sunące w kolejce. Niepewnym krokiem ruszyłam w ich kierunku - nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Poczułam się pewnej i zaczęłam przepychać się przez tłum. Po chwili zaczęło mnie ogarniać dziwne poczucie, że nie mam kontroli nad swoim ciałem, a przed oczami zaczęła pojawiać się mgła. No nie - pomyślałam - Nie teraz.... Popatrzyłam na czarną róże, którą nadal trzymałam w ręce i oberwałam jeden jej płatek. Poczekałam chwile, lecz uczucie wciąż narastało. Oberwałam drugi płatek - z takim samym skutkiem. Zdesperowana zaczęłam obrywać płatki bez opamiętania. W końcu zaczęło mi się rozjaśniać przed oczami i odzyskałam czucie w kończynach. Schowałam róże (której teraz brakowało połowy płatków) i ruszyłam dalej. Po kilku minutach przedzierania się przez tłum dotarłam do czarnych wód Styksu. Zdziwiona zauważyłam, że wraz z rwącym nurtem płyną najróżniejsze przedmioty. Były tam lalki, pluszowe misie, ale też dokumenty, zdjęcia itp. Szłam brzegiem rzeki, zastanawiając co te przedmioty mogą oznaczać. Zauważyłam, że wielkiej kolejki pilnują szkieletowi wojownicy. Mieli na sobie metalowe zbroje i hełmy, a za pasami zwisały im długie miecze, za to w kościstych rękach trzymali długie, ostre włócznie. Właśnie popychali nimi jakąś zbłąkaną duszę prowadząc ją na koniec kolejki. Z przerażeniem stwierdziłam, że dwóch szkieletowych strażników idzie w moją stronę... Szybko wmieszałam się w tłum biegnąc pod prąd kolejki. Jednak kątem oka zauważyłam, że szkielety już ruszyły w pościg. Szybcy są, jak na umarłych - pomyślałam ze strachem. Biegłam ile sił w nogach, przepychając się pomiędzy duszami. Niektóre rzucały mi przelotne spojrzenia, lecz większość nie zwracała na mnie uwagi. Po chwili szkielety zaczęły mnie doganiać. Co gorsza znowu wróciły mi zawroty głowy. Opadałam z sił, nie mogłam biec dalej. Zatrzymałam się, nie mogłam dalej biec. Oszołomiona patrzyłam, jak do mnie podchodzą i wpychają gdzieś do kolejki. Szłam na sztywnych nogach gdzie mi kazali, jakby pchana przez jakąś niewidzialną siłę. Gorączkowo starałam się coś wymyśleć, lecz głowę rozsadzał mi okropny ból. Gdy trochę przygasł pomyślałam - Teraz nie uda mi się stąd wyrwać... Chociaż? To może nawet dobrze - W mojej głowie pojawiła się nieoczekiwana myśl - Może ci sędziowie pokażą mi moje całe życie? Przecież ucieknę przy najlepszej okazji... Z tą myślą zostałam wypchnięta gdzieś do przodu, już chciałam się odwrócić i zapytać kto to zrobił, gdy nagle zamarłam w bezruchu. Stałam przed wysoką na trzy metry ławą za którą siedzieli trzej mężczyźni równie wielkich rozmiarów. Pierwszy z nich spojrzał mi w oczy i nagle pojawiła się wizja. Przed moimi oczami przeleciało w jednym momęcie milion obrazów. Na niektórych byłam ja przytulająca się do jakiejś kobiety, która pewnie była moją matką, na innych pomagałam jakiejś starszej kobiecie. Był tam też Ethan... Przemknęły mi przed oczami niezliczone twarze i sytuacje, a było tego tyle, że po chwili byłam całkiem skołowana. Nagle wizja się urwała, znów stałam przed wielką, kamienną ławą. Wtedy drugi mężczyzna spojrzał mi w oczy. Moje myśli znów zalał potok zdarzeń. Byliśmy tam ja i Ethan, włamywaliśmy się do jakiegoś dziwnego pomieszczenia... Nagle obraz zaczął się zamazywać, widziałam zdziwione (pewnie tak samo jak moja) twarze sędzi. Po chwili obraz ustąpił miejsca innemu. Widziałam siebie w tej właśnie chwili, stojącą przed siedziami. Obraz zadygotał i zgasł, wpatrywałam się teraz w trzy zdziwione twarze sędzi. Patrzyli na mnie w oszołomieniu, nie wiedząc, co o tym myśleć. Ooł...- pomyślałam, rzucając się do ucieczki. Nie udało mi się jednak zrobić ani kroku, nogi miałam jak z waty. Spojrzałam w dół na swoje nogi i z okrzykiem przerażenia i zdziwienia stwierdziłam, że ich nie widzę! Unosiłam się nad ziemią, tak samo jak inne dusze. Pierwszy sędzia zdołał się już otrząsnąć z oszołomienia i zawołał:
- Cerber! Bierz ją!!!
W ułamku sekundy wielki, trzygłowy pies rzucił się na mnie i chwycił zębami za skrawek mojej sukienki. Po chwili wisiałam w powietrzu, trzymana przez środkową z głów. Dwie pozostałe ujadały wściekle odsłaniając potężne kły. Na domiar złego ból powrócił, a przed oczami pojawiła się mgła. Spojrzałam na moje ręce, które były teraz na wpół przeźroczyste. Cerber szarpnął mną gwałtownie i czarna róża, którą dostałam od Hekate wysunęła się mi zza pasa i wolno opadła na skalne podłoże. Ale ja już tego nie widziałam, nieprzytomna wisiałam trzy metry nad ziemią, na łasce trzygłowego, piekielnego psa.


                                    ***  
Niewiele pamiętam z tego co działo się dalej. Wiem, że obudziłam się ciągnięta przez dwóch szkieletowych strażników. Przeszliśmy przez bramę wykonaną z kości, a potem ruszyliśmy w kierunku wielkiego, czarnego pałacu. Nad nim krążyły dziwne, przypominające człowieka skrzydlate stworzenia. Miały szerokie, błoniaste skrzydła i przypominały trochę nietoperze. Weszliśmy przez wielkie, kute wrota do obszernego hallu. Na lśniących, obsydianowych ścianach wisiały pochodnie, które zamiast uchwytów były  przymocowane do ściany za pomocą kościstych dłoni. Wyglądało to tak, jakby wynurzające się ze ściany szkieletowe ręce je podtrzymywały. Korytarz nie był oświetlony, przez inne źródło światła.  Po szkarłatnym dywanie szła nam na spotkanie piękna kobieta. Jej długie, brązowe, kręcone włosy delikatnie opadały kaskadą na plecy. Miała na sobie długą, zieloną sunie z gorsetem. Spojrzała na mnie lodowato swoimi morskimi oczami. Następnie dała znak dłonią, żeby szkielety poszły za nią. Po chwili otworzyła któreś z drzwi i powiedziała melodyjnym głosem:
- Hadesie, masz gości.
- Dobrze Persefono, wprowadź ich. - odpowiedział męski głos z wnętrza pokoju.
Szkielety wciągnęły mnie do środka obszernej komnaty. Na ścianach wisiały ludzkie czaszki, które nadawały jej mrocznego wyglądu. W centrum pokoju stały cztery posągi przedstawiające wielkie, skrzydlate potwory, pilnujące ozdobionego szlachetnymi kamieniami tronu. T Na tym wielkim, błyszczącym tronie siedział wysoki mężczyzna. Miał czarne włosy i lekki zarost. Był wyjątkowo blady, chociaż miał dobrze zbudowaną sylwetkę. Patrzył na mnie szarymi oczami. Gdy wstał fałdy jego czarnej szaty lekko zafalowały. Zmierzył mnie wzrokiem po czym powiedział wyjątkowo mocnym głosem:
- A, kogo mi tu przyprowadzacie?! Przecież ona żyje!
- Wiem panie - odpowiedziała cierpliwie Persefona - Ta dziewczyna narobiła dzisiaj niezłego zamieszania przy sądzie...
Hades opadł na tron. Przez chwile siedział tak w ciszy  jakby zastanawiając się co ze mną zrobić.
- Zamknijcie ją w moich lochach. Zajmę się nią później, a jeżeli zemrze do tej pory, to będziemy mieć kolejną duszę, którą trzeba się zająć! - zabrzmiał jego srogi rozkaz.
_________________________________________
 Witajcie! Baaardzo przepraszamy za nie wstawianie rozdziałów, ale ja i Mima byłyśmy na wyjeździe... Bardzo staramy się wstawiać rozdziały na czas, ale czasem po prostu nie ma kto tego zrobić. Mamy nadzieję na zrozumienie w tej sprawie. Dziękujemy za wyrozumiałość.
komentujcie
buuuuziaczki ;-* ;-* ;-*
Zomiju






poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Buuuuu...

Za nieobecność przepraszamy ale obie byłyśmy na wyjeździe wakacyjnym i nie mogłyśmy wstawić rozdziału, ale pojawi się on niedługo bo jest napisany lecz mogą wystąpić problemy ze wstawieniem.....

sobota, 11 lipca 2015

Rozdział XVI Intrygi Hadesu...

"[...] Już prawie przeszedłem, znikałem za rogiem gdy po korytarzu rozniósł się silny męski głos
-Ethan?"

Ethan


- Nie, nie, nie...-powtarzałem w myślach zrozpaczony 
Nie wiedziałem co robić, a na dodatek ciągła wzmocniona kontrola mroku mnie wyczerpywała i nie dawała skupić się do końca na planie działania. Jedyne co zrobiłem to zwiększyłem kłęby dymu chroniące Lynette, żeby była niemożliwa do wyczucia, ale takie kroki spowodowały że musiałem się jeszcze bardziej koncentrować i kropelki potu zrosiły moje czoło.
-Ethan, co ty robisz?- odezwał się głęboki głos niedaleko w korytarzu
Już myślałem że wszystko się wydało i wymyślałem jak będę tłumaczył się przed ojcem, gdy z komnaty głównej dotarł nas zduszony krzyk, syk lamii i... odgłos gryzienia...
Minos przystanął gwałtownie, i odwrócił głowę w tył
- Co tam się na bogów dzieję!!?
Szybkim krokiem wrócił do dużego pomieszczenia. A ja, kiedy tylko się odwrócił rzuciłem się pędem przed siebie i usłyszałem tylko echo gniewnego krzyku ojca toczące się po korytarzu. Czym prędzej zbiegłem białymi, betonowymi, usłanymi karmazynowym wzorzystym dywanem schodami w dół, a gdy byłem w ciemnym pomieszczeniu na dole, stopiłem się razem z Lynette z mrokiem i stałem się częścią otaczającej nas ciemności. Nieprzytomna Lynn teraz była tylko kłębem czarnego gęstego dymu, bo nie mogłem całkiem zamienić ją w mrok bo by się rozproszyła wszędzie z powodu tego że była nieprzytomna. Przeniosłem, a potem zmaterializowałem się z Lynette pod domem Hekate, która mieszkała w dalekich podziemiach Hadesu. Szybko zapukałem w duże jednoskrzydłowe, dziwnie migoczące drzwi, a gdy tylko otworzyła mi czarnowłosa kobieta, wtargnąłem do środka z Lynette na rękach 
-Co się stało?- spytała zdziwiona kobieta
-Hekate, musisz mi pomóc- odpowiedziałem zdenerwowany
-Dobrze, ale co się stało?
-To ta dziewczyna o której ci mówiłem, jest w niebezpieczeństwie i muszę szybko zająć się tą sprawą- powiedziałem pospiesznie
-Mój ojciec mnie widział, nie wiem dokładnie ile zobaczył ale na pewno będzie się wypytywał, a na dodatek dowiedziałem się że szpiedzy wciąż jej poszukują- dodałem
-A co konkretnie mam zrobić-spytała
-Zamaskuj proszę jakoś to, że jest żywa na jakiś czas, najlepiej parę godzin, i zajmij się nią przez tyle a potem wyśle do ciebie wiadomość żebyś objaśniła jej plan żeby mogła stąd wyjść żywa
-Pomogę ci, ale jak wiesz wszystko ma swoją cenę...- powiedziała z tajemniczym błyskiem w oku
-Ale o tym pomówimy później. Pójdę po miksturę o którą prosisz, poczekaj chwilę
Hekate znikła w przejściu do drugiego pokoju, a kiedy wróciła trzymała w ręku przezroczysty flakon z szarym płynem w środku. Jej gęste, krucze, idealnie proste włosy do pasa, spięte delikatnie granatową opaską która szła dookoła głowy z małym szafirem w kształcie kropli wody na czole, falowały zgrabnie przy każdym ruchu, a gdy stanęła w świetle świecy, refleksy światła we nich były szafirowe. Długa sukienka w kolorze indygo, przylegała do jej ciała a w pasie stawała się lekko rozszerzona. Krótki czarny, wiązany gorset w talii nadawał szczególnej smukłości jej sylwetce i sprawiał że suknia wydawała się wyjęta z innej epoki, dosyć duży dekolt w kształcie litery V i czarna koronka którą był obszyty, wraz z mankietami rękawów i miejscem w którym kończył się na biodrach gorset, nadawały ubraniu seksowny ale i tajemniczy wygląd, a czarny atłasowy płaszcz wiązany na szyi z dużym kapturem i subtelne szafirowe kolczyki w kształcie kropli wody jak na opasce dopełniały całości. Gdy podeszła do mnie i powiedziała żebym położył Lynette na posłaniu, dosięgnął mnie intensywny zapach perfum jaki roznosił się wokół niej, pachniała drzewem herbacianym z dodatkiem jaśminu i na pewno dużą ilością magii, przez którą zakręciło mi się w głowie.
- To mikstura dzięki której ta dziewczyna stanie się duchem, ale jeśli po upływie sześciu godzin nie wydostanie się z królestwa Hadesu na zawsze pozostanie umarła- ostrzegła mnie
Patrząc w jej oczy nigdy nie mogłem dojść jakiego są koloru, raz wydawały się błękitne a chwilę potem fioletowe, do tego pociągające idealnie wykrojone usta w lekkim krwawym odcieniu skutecznie rozpraszały moją uwagę. Ale skupiłem się na tym co mówi swoim dźwięcznym niskim głosem
-Chciałbym również dostać jakąś esencję jej życia, tak żebym mógł zmylić trop szpiegów Minosa-powiedziałem ostrożnie
-Mogę dać ci coś takiego ale stanie się przez to słabsza i odejmie jej to około godzinę czasu na pozostanie niewyczuwalnym duchem w podziemiu-odpowiedziała ostrzegawczo
Chwilę się zawahałem, ale wiedziałem że muszę to zrobić. A z tego co wyliczyłem to po wszystkim powinno być jeszcze sporo czasu w zapasie, więc postanowiłem działać jak najszybciej
-To daj mi coś takiego, ale w miarę szybko, bo w każdej chwili mogą ją wyczuć-odpowiedziałem 
Ona wtedy podeszła do Lynette, uniosła ręce nad jej ciałem i zrobiła okrężne ruchy nadgarstkami złączając je a później odsuwając, następnie uniosła je wyżej a białe światło zaczęło wypływać z Lynette białymi promieniami. Bogini magi utworzyła z nich małą świetlistą kulkę którą wrzuciła do buteleczki a potem mi podała, lekko przestraszony spoglądałem na światło delikatnie wirujące w buteleczce, de facto trzymałem w ręku energię i siłę życiową Lynette, a przynajmniej jej małą część. Następnie podszedłem jednym krokiem do Lynn i szybkim ruchem złapałem pukiel jej ciemnobrązowych włosów, a drugą ręką wyjąłem sztylet z pochwy i uciąłem włosy trzymane w dłoni, potem schowałem je lnianej sakiewki i przyczepiłem  ją do pasa. Stanąłem w drzwiach i skinieniem głowy podziękowałem Hekate, już odwracałem się w gdy przystanąłem na chwilę i powiedziałem z troską
-Proszę, opiekuj się Lynette, jest dla mnie ważna
Po czym spojrzałem z czułością w nieprzytomną twarz ukochanej, i wyszedłem.
Od razu potem wziąłem się za realizację mojego planu. Najpierw przeniosłem się mrokiem na skraj Hadesu i podałem pukiel włosów Lynn, moim ludziom którym ufałem i objaśniłem co mają zrobić. Potem idąc przez Podziemie po trochu w różnych miejscach rozlewałem po parę kropli świecącego dymu, starałem się to robić jak najszybciej i tak by nikt niczego nie odkrył. Następnie napisałem do Hekate co ma robić, potem wyjąłem zapałkę z pudełka odpalając ją i spaliłem pergamin czarnym ogniem (wynalazek hefajstosa, pomysł Hermesa. Do szybszego przekazu informacji) wówczas  szybko udałem się poprzez mrok do mojej komnaty w pałacu mego ojca. Wyszedłem z niej jak gdyby nigdy nic i szedłem swobodnie przez korytarz kiedy Minos dopadł mnie od tyłu
-Ethan! Gdzie ty się podziewasz?! Właśnie cię szukałem, ale przed chwilą dotarły do mnie pewne informacje na temat tej zdrajczyni Lynette- mówił rozgorączkowany
Kiedy to usłyszałem, musiałem siłą powstrzymać uśmiech cisnący mi się na usta, ale kiedy wspomniał o tym kłamstwie że Lynn to zdrajca musiałem znowuż powstrzymywać grymas gniewu. Za to przed ojcem udałem zdziwionego i zaciekawionego
-Co takiego?!- spytałem z udawanym oszołomieniem
-No właśnie podobno widziano ją w okolicy, moi szpiedzy donoszą że była w mieście a potem weszła do Hadesu, znaleźli nawet pukiel jej włosów który musiał jej się urwać o ostrą gałąź, gdy uciekała przed moim człowiekiem. Niestety cwanej żmii udał się nas zmylić i tropy w Hadesie są ledwo wykrywalne a zarazem wszędzie rozsiane! Wiesz co to oznacza?!- kontynuował z ożywieniem, gestykulując przy tym
-Czyli ona wciąż gdzieś tu może być! Musimy ją znaleźć ojcze-odpowiedziałem udając ten sam zapał co on
-No właśnie synu, takiej postawy od ciebie oczekiwałem. Wiedziałem że szybko otrząśniesz się po tym zauroczeniu nią i zobaczysz jaka jest naprawdę, przez większość czasu również mnie, oszukiwała z doskonałym skutkiem! A teraz chodź musimy zebrać oddziały i jej poszukać!- powiedział zadowolony ze mnie
Minos zebrał duży oddział potworów i w jego komnacie szybko obmyślaliśmy plan działania, ojciec z moją pomocą, szybko wiedział już co ma robić i rozdzielił nas na trzy grupy- jedna miała iść na południe do rzek i przeszukiwać tamte tereny, pod dowództwem minotaura, druga miała iść przeszukiwać podziemia pod moim dowództwem, a trzecia nad którą sprawował pieczę Minos miała się udać przeszukiwać miejsca wiecznego spoczynku gdzie tropy były najwyraźniejsze
-Do boju!!!- krzykną Minos i chór potworów odpowiedział mu jak echo
Następnie Minos zwinął mapę podziemia rozłożoną na stole i wszystkie grupy oddaliły się szybko. Ja ze swoją najpierw poszedłem przeszukiwać podziemne tunele naszego pałacu. Wydawałem rozkazy i sumiennie sprawdzałem każde miejsce z zawziętością i żądzą krwii, żeby nie budzić podejrzeń. A kiedy zeszliśmy niżej weszliśmy do jednej zamkniętej komnaty w której było coś czego nie spodziewałem się ujrzeć. Komnata spowita błękitnym blaskiem rzucanym przez trzy połyskujące kule w których byli ludzie! Oszołomiony patrzyłem na mężczyznę z umęczonym wyrazem twarzy, piękną kobietę spoglądającą z niedowierzaniem i na małą przerażoną dziewczynkę której zrobiło mi się żal najbardziej. Co oni tu robili i to w takim stanie, byli jakby zamrożeni. Oszołomiony jak najszybciej chciałem wyjść z tej komnaty i zapomnieć tamtego widoku który wytrącił mnie z równowagi, wyprowadziłem stamtąd mój oddział i postanowiłem wypytać o to ojca później a jeżeli by nie zechciał mi powiedzieć zbadam to sam lub z pomocą Hekate, ale na razie mój plan był najważniejszy, wystarczył jeden błąd i wszystko ległoby w gruzach. Tak jak napisałem w wiadomości Hekate pomogła mi wywieść w pole potwory idące ze mną po przez wprowadzenie ich w nieistniejący labirynt utkany z magii, i prowadzący ich do bardzo odległego zakątka podziemia, a kiedy labirynt znikł nie mieli szansy powrotu. Gdy tylko zniknęli za nie istniejącą ścianą udałem się biegiem w miejsce na którym miałem czekać na Lynette i zabezpieczać teren. Miałem nadzieję że inne grupy również dały złapać się w moje pułapki. Grupa Minotaura powinna być już skąpana w Lete przez nimfy które ich tam wciągnęły, a oddział mojego ojca powinien zostać prowadzony fałszywym tropem zostawionym przez moich ludzi i wprowadzić Minosa daleko w Grecję i do spotkania z cyklopem. Oby Lynette była już w drodze, i żeby dała radę bo jej czas kończy się za trzy godziny..

__________________________________________________________________________________________________________________________________


I tak oto witamy nowy rozdział!! Może jakiś fenomenalnie długi to on nie jest, ale mamy nadzieję że akcja to wynagradza :))
Co do następnych rozdziałów to ostrzegam że to może się trochę poplątać bo Zoniek też chyba wyjeżdża więc co do możliwości pisania i wstawiania to może być problem 

Ps.Co do tytułu rozdziału to mima chciała żeby brzmiał "plan działania" co było by bardziej zabawne, ale ostatecznie podjęłyśmy decyzję o bardziej tajemniczej nazwie "intrygi Hadesu". Jak uważacie? Która lepsza?

Ps2. Drogi czytelniku proszę o pozostawienie po sobie choćby krótkiego komentarza dobrego lub krytycznego (krytyka to mówienie na w czym popełniło się błąd a nie bezsensowne hejtowanie;)), ciebie to nie boli a mnie cieszy :)
buuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuziaczki ;-*  ;-*  ;-***************
Zomiju

czwartek, 9 lipca 2015

ROZDZIAŁ XV Przedsionek Hadesu...

     

      Lynette   

 
Stałam na Akropolu i wpatrywałam się w wieczorną panoramę wielkiego, starożytnego miasta - Aten. Właśnie zapadał zmrok. Już tylko najwyższe budynki były  oświetlone przez ostatnie promienie słońca. Za horyzontem chowała się wielka, krwisto czerwona kula słońca. Patrzyłam na pomalowane słonecznymi promieniami  różowe obłoki. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić - przecież nie mogłam wrócić do Olimpii... Odwróciłam się do wielkiej budowli za moimi plecami - Partenonu. Rzędy wysokich kolumn, podpierających spadzisty dach zapierały dech w piersiach! Szczególne teraz, gdy były oświetlone przez zachodzące słońce. Świątynia była znacznie większa od tej, w której spotkałam Artemidę... No właśnie, Artemida... Czemu chciała mi wmówić, że Olimpia nie jest godna zaufania? Oczywiście (wciąż) jestem na nią trochę obrażona, ale bądź, co bądź znam ją lepiej niż jakąś tajemniczą boginie lasu... Z resztą - pomyślałam -  I tak nie mogę wrócić do Olimpii... Nie po tym, co jej powiedziałam... Ale to częściowo przez nią! Nie musiała mnie przecież śledzić... - próbowałam sobie wmówić, jednak w głębi serca coś mówiło mi, że to moja wina.... O co w ogóle chodzi z tym zabijaniem ludzi?... - pomyślałam - Zobaczyłam jakąś dziwną, niemrawą scenę... Może chodziło o coś innego? Z resztą to mogło w ogóle się nie wydarzyć, w końcu ta cała " Artemida, królowa wszystkiego, co żyje w lesie... - Jak to było? - ... królowa roślin i zwierząt (to przecież śmieszne!) bogini łowów i przyrody... " od początku wydawała mi się jakaś dziwna... Nie, nie mogę jej ufać... Olimpia... No cóż, znam ją (co mogę powiedzieć o raczej małym kręgu ludzi) i nie pozwolę, żeby ten " incydent " to zepsuł... Musze ją przeprosić! - Postanowiłam - Ale... Łatwo powiedzieć, gorzej z wykonaniem... Może zwalić wszystko na Artemidę? Ale równie dobrze Olimpia może jej w ogóle nie znać... Przecież patrzyła na mnie jak na wariatkę, gdy powiedziałam jej o świątyni w głębi lasu...
Na dworze zaczęło się robić zimno, słońce już chowało się za horyzontem, a na ulice zaczęły wpełzać złowrogie cienie. Byłam zmarznięta i przestraszona, a na dodatek w mojej głowie piętrzyło się od myśli. Kim jest Artemida?- pomyślałam- Mówiła, że boginią... Czego ona ode mnie chcę? Dlaczego mi pomaga? O co chodzi z tą " Mocą " i pnączami? Czy można jej ufać?... Czy w ogóle na tym chorym świecie można komuś ufać?!- pomyślałam z goryczą. Jest jeszcze Ethan... Czy ja go w ogóle znam? Pojawił się nagle znikąd, a jednak... Jednak on nic mi nie zrobił, a ja wydarłam się na niego, jak jakaś skończona debilka... - rozmyślałam z żalem - Co się ze mną dzieje?! Cały czas albo się na kogoś drę, albo płaczę! Czy ja mam jakieś problemy z psychiką? A te moje "odloty" i  tracenie przytomności?... Ostry podmuch wiatru gwałtownie uderzył w moje plecy tak, że prawie się przewróciłam. Wiatr trząsł gałęziami drzew, które poddawały się mu bez większego oporu. Na niebie nie było widać ani jednej gwiazdy, a księżyc przysłaniały czarne chmury. Zrobiło mi się przeraźliwie zimno, ponieważ wiatr targał moją sukienką na wszystkie strony. Odwróciłam się więc od Partenonu, rzucając mu ostatnie spojrzenie i ruszyłam poszukać jakiegoś miejsca, w którym mogłabym spędzić te noc. Nie było wcale łatwo schodzić po stromej i kamienistej ścieżce, (w dodatku po ciemku) co chwila potykałam się o jakiś wystający kamień, lub ślizgałam się na wilgotnej ziemi. Gdy wreszcie zeszłam na dół zastanowiłam się, gdzie teraz powinnam iść. Spojrzałam na czarną ścianę lasu:
- Nie, do lasu na pewno nie pójdę! - postanowiłam - Ale mam spać na ulicy, jak jakaś bezdomna? A może... Moje przemyślenia przerwał przeraźliwy huk, a zaraz potem głośny trzask. Zdziwiona i przestraszona uświadomiłam sobie, że te odgłosy dochodzą spod ziemi. Nagle zobaczyłam, że ziemia się rozstępuje i pojawia się ziejąca ciemnością szczelina, która cały czas się powiększa. Chciałam uciekać, ale po mojej drugiej stronie ziemia również zaczęła pękać. Nie wiedziałam co robić, zrobiłam niepewny krok w jedną stronę i... runęłam w przepaść.

                               ***

Nie pamiętałam samego upadku lecz musiałam nieźle się poobijać, bo gdy tylko się poruszyłam poczułam ból we wszystkich częściach ciała. Znajdywałam się w dziwnej podziemnej jaskini, z wysokiego, skalnego sufitu raz po raz kapała woda. Było tu przeraźliwie ciemno, więc nie mogłam określić jak daleko w głąb sięga jaskinia. Na około mnie widziałam ciągnące się w każdą stronę skalne podłoże, na którym leżałam, reszta nikła w mroku tak, że nie dało się dojrzeć żadnej ściany. Spróbowałam się podnieść, lecz sparaliżował mnie przeraźliwy ból. Samo podtrzymanie podniesionej głowy kosztowało mnie wiele wysiłku i cierpienia. Spojrzałam w górę - gdzieś wysoko, nad moją głową zobaczyłam mały otwór, przez który wpadało światło. Choć na dworze było bardzo ciemno, to nie mogło się równać, z nieprzeniknioną ciemnością, jaka tu panowała. Otwór, który znajdował się nade mną zaczął powoli się zasklepiać, aż zniknął całkowicie.  Ze strachem pomyślałam, że jeśli nawet nie mogę poruszyć, to nie ma mowy o wydostaniu się stąd. Postanowiłam zawołać o pomoc, choć szanse, że ktoś mnie usłyszy były raczej marne... Zebrałam się w sobie i krzyknęłam :
- HALO!... POMOCY!!!!
Odpowiedział mi tylko mój własny głos, niosący się echem po jaskini. Na około mnie znowu zapanowała grobowa cisza. No, może nie licząc odgłosu spadającej z sufitu wody... Postanowiłam zawołać jeszcze raz. Wzięłam głęboki oddech i gdy już miałam krzyknąć zamarłam z przerażenia. Do moich uszu dobiegł przerażający dźwięk, który brzmiał, jak połączenie rżenia konia, głośnego ryku i pisku, jaki wydają nietoperze. Echo jeszcze spotęgowało groźne brzmienie tego odgłosu. W bezruchu wsłuchiwałam się w cisze, która nastąpiła po tym dziwnym dźwięku. Bałam się nawet poruszyć (co zresztą i tak byłoby dla mnie bardzo bolesne...). Nie wiem ile tak leżałam, przez cały czas gapiłam się w ciemność, spodziewając się, że zaraz wypełzną z niej jakieś straszne zmory. Ta cisza dzwoniła mi w uszach. Po jakimś czasie odważyłam się rozluźnić napięte mięśnie, w nadziei, że to COŚ (cokolwiek to było) już sobie poszło. Niestety moje nadzieje okazały się płonne, bo już po chwili znowu usłyszałam ten dźwięk, lecz na moje nieszczęście znacznie bliżej... W dodatku po chwili do tego strasznego odgłosu dołączył chór podobnych. Gorączkowo starałam się oszacować swoje szanse na przeżycie - nie dość, że nie mogłam uciekać, to w dodatku nawet gdyby udało mi się wstać i zacząć biec, to i tak nie miałabym za bardzo dokąd... Odgłosy przybliżyły się, słyszałam już nawet dźwięki, które przypominały szuranie pazurów po skalnym podłożu. Zebrałam się w sobie i przezwyciężając ból podniosłam się do pozycji siedzącej. Teraz zostało mi tylko wpatrywać się w ciemność. Przez chwile wydawało mi się, że zobaczyłam majaczącą w ciemności postać, lecz dopiero, gdy zobaczyłam złowrogie, lśniące czerwienią oczy nabrałam pewności, że to nie jest jedynie wytwór mojej wyobraźni... Potwory przybliżyły się, choć w ciemności nie za wiele mogłam dostrzec, to nie uszły mojej uwadze potężne szpony, lśniące aksamitną czernią, ogromne skrzydła oraz wielkie gabaryty tych stworzeń. Serce waliło mi jak oszalałe, gorączkowo starałam się wymyślić jakiś plan działania, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Najbliższy potwór utkwił we mnie spojrzenie pełne okrucieństwa i zaskrzeczał triumfalnie. Pełna przerażenia zaczęłam się cofać, zapominając o bólu, lecz gdy tylko moje spojrzenie zetknęło się z jego spojrzeniem stało się coś nieoczekiwanego... Wstrząsnął mną rozrywający ból, jakby wbiło się we mnie tysiąc noży, poczułam, że nie mam szans. Jakaś niewidzialna siła przygwoździła mnie do ziemi tak, że nie mogłam się poruszyć. Potwory okrążyły mnie, było ich ponad tuzin, choć nie mogłam podać ich dokładnej liczby, ponieważ było tu bardzo ciemno. Zobaczyłam tylko błysk szponów i poczułam przeraźliwy ból na ramieniu, z którego teraz spływała ciemna ciecz, nie było wątpliwości, że to krew. Inny potwór rozdarł mi sukienkę, a jeszcze inny postanowił wbić pazury w moją nogę. Mimo wielkiego bólu i przerażenia nie mogłam odegnać od siebie senności, która potęgowała się przy każdym zadanym ciosie. Nagle poczułam się, jakby zabrakło mi tchu, jakby woda wlała się do moich płuc. Zaczęłam się krztusić, rozpaczliwie próbując zaczerpnąć powietrze. Czułam, jak woda rozrywa mi płuca, jak powoli się dusze. Zamknęłam oczy, przygotowując się na śmierć, lecz właśnie wtedy, gdy miało mi zabraknąć powietrza uczucie ustąpiło innemu... Nareszcie mogłam oddychać, lecz nie było mi dane cieszyć się tym zbyt długo... Powietrze zrobiło się parne i gorące, poczułam ogromne pragnienie, które potęgowało się z każdą chwilą. Poczułam się, jakbym była od wielu dni na pustyni, słońce paliło niemiłosiernie moją skórę, a ja nie miałam przy sobie ani kropli wody... Usta miałam spierzchnięte, odczuwałam suchość w przełyku - powoli umierałam z braku wody... Uczucie znowu się zmieniło, choć nadal odczuwałam gorąco i pragnienie, czułam się, jakby mnie wrzucono żywcem w ogień. Oddychałam gryzącym dymem, który powodował napady kaszlu i od którego łzawiły mi oczy. Czułam jak się spalam, jak moje ciało płonie żywym ogniem. Potem usłyszałam ciche, szydercze chichoty, które z każdą chwilą stawały się coraz głośniejsze. W końcu nabijał się ze mnie chór okrutnych głosów, które pragnęły mojej zguby. Poczułam, jakbym straciła bliską mi osobę, czułam jakby Olimpii lub (co gorsza) Ethanowi stało się coś złego, a te okrutne głosy nabijały się z mojego nieszczęścia... Wszystkie wizje zniknęły, byłam znów napastowana, przez te okropne potwory. Po jakimś czasie chyba straciłam czucie w kończynach, ponieważ przestałam odczuwać ból. Obraz zaczął się rozmazywać, widziałam przez mgłę potwory, słyszałam ich pełne furii skrzeki w zwolnionym tempie, po chwili wszystko zlało się ze sobą , nie było nic. Nic, oprócz wszech ogarniającej senności. Starałam się walczyć, starałam się nie zamykać oczu... Miałam niejasne przeczucie, że jeżeli to zrobię mogę się już nie obudzić. Tak łatwo byłoby teraz zasnąć, po prostu zamknąć oczy i uwolnić się od tego wszystkiego... Nagle, wśród zagłuszających skrzeków usłyszałam ledwie słyszalny głos... Znajomy głos:
- Lynette! Uciekać wy, okropne ptaszyska!... LYNETTE!!!.... Słyszysz mnie?!...
Starałam się przypomnieć do kogo należy ten głos, ale mój mózg nie chciał ze mną współpracować... Moje ciało się poddało, a powieki same opadły...


    Ethan 

 
Szedłem właśnie wzdłuż krętego brzegu rzeki Lete, żeby napełnić białawo-srebrną wodą flakon podarowany mi przez *Hekate. Pochyliłem się właśnie z buteleczką w ręku ku połyskującej tafli, gdy jeszcze bardziej uderzył we mnie narkotyzujący zapach. Rzekę zapomnienia otaczała mleczno biała mgła poniewierająca się wokół kostek, a mdły zapach otumaniał każdego, kto zdecydował się tędy przejść, ale kiedy znalazłem się tak blisko tajemniczych strumieni płynących wartkim nurtem, stał się on nie do zniesienia. Zakręciło mi się w głowie z braku tlenu i zbyt dużej ilości magicznych oparów, natychmiast stałem się senny i wyczerpany zachwiałem się na nogach a zaraz potem upadłem na klęczki, przyćmionym wzrokiem rozejrzałem się dookoła i w głowie przemknęła mi przykryta kłębami mgły myśl o ucieczce od tego miejsca. Resztkami sił oparłem się nawoływaniom wody i zmusiłem otępiałe kończyny do ruchu, ledwie przekroczyłem granice działania rzeki a energia i zdrowy umysł wróciły. Stwierdziłem że w ten sposób nic nie zdziałam, wyjąłem więc z kieszeni jedwabną białą chustkę i polałem na nią trzy krople ziołowego naparu neutralizującego działania wszystkich oparów, co prawda chciałem oszczędzać olejek, gdyż był zrobiony z bardzo rzadkich ziół do których **Demeter prawie nigdy, nikomu nie daje dostępu ale w tej sytuacji nie widziałem innego rozwiązania. Przyłożyłem miękki materiał do nosa i ust, a następnie podszedłem do brzegu rzeki i napełniłem cały flakon perłowym płynem, schowałem chustkę do kieszeni przyglądając się cieczy przelewającej się w naczyniu. Po krótkiej chwili ruszyłem dalej żeby wydostać się z Hadesu do świata żywych i by poszukać w nim a potem dostarczyć Hekatę potrzebne składniki do eksperymentu nad którym dla mnie pracowała. Skręciłem w jeden z tuneli gdy nagle poczułem lekką woń która zdecydowanie wyróżniała się pośród zatęchłego smrodu śmierci i wilgoci, jakby w ciemności pojawił się mały promień światła, to był zapach życia, jakiś śmiertelnik przekroczył próg krainy śmierci. Od razu również wyczułem coś intrygującego w aurze otaczającej tego człowieka, było w niej życie, ale nie takie zwykłe, tylko takie które rozpaczliwie chciało istnieć i nie mieć nic wspólnego ze śmiercią, jednocześnie będąc na zawsze jakąś częścią złączone z Hadesem, z czasem źródło z którego jak echo dobiegał ślad życia bledło pogrążając się w mroku podziemia
-Tylko do jednej osoby mogła należeć ta zbłąkana dusza- pomyślałem
i gdy uprzytomniłem sobie sens tego wszystkiego z przerażeniem zacząłem biec za niknącym w ciemności śladem
-Lynette gdzieś tu musi być-szepnąłem do siebie
Nie miałem pojęcia co ją tu sprowadza i jaki powód był dostatecznie ważny by narażać się na takie ryzyko, ale gdy zobaczyłem wir arai krążących wokół niej domyśliłem się że nie jest tu z własnej woli. Co sił w nogach na wpół przemieniony w czarny dym znalazłem się koło Lynette i przegoniłem stwory topiąc je w mroku, nie mogłem ich pozbyć się w inny sposób bo gdybym zabrał się za zwalczanie ich moim sztyletem, to z każdą raną im zadaną bym sprowadzał na siebie klątwy które w różnych miejscach miałem okazję złapać. Gdy już nie było zagrożenia uklęknąłem obok Lynn i obejrzałem jej rany, wyglądała okropnie, ramiona rozorane szponami przez co całe ręce miała w strugach szkarłatnej krwi, podarty i umorusany w kurzu i ziemi chiton, włosy powyciągane z hebanowego warkocza i twarz poprzecinana licznymi zadrapaniami, trupio blada i zastygła w grymasie bólu i. Nie mogłem znieść jej widoku w takim stanie, moje serce tego nie wytrzymywało, chociaż wiedziałem że powinienem ją jak najszybciej stąd zabrać do powietrza zanim całkiem opuści ją życie, ale nie mogłem się ruszyć. Tyle chwil dzielonych razem, tyle wspomnień i przeżyć że nie mogłem uwierzyć w to jak mogła to wszystko zapomnieć....
-Dlaczego bogowie zabrali mi tak wiele, i kto konkretnie zabrał mi tak wiele...- myślałem rozpaczliwie
Odrzuciłem myśli na bok i zacząłem działać, musiałem skupić się na tej chwili i nie odpływać w przeszłość.
-Nie mogę jej wyciągnąć z Hadesu bo najbliższe wyjście jest pięćdziesiąt mil stąd a ona po drodze już by nie żyła. Ale im dłużej tu zostaje tym większe prawdopodobieństwo że ktoś zauważy jej mało wyczuwalną obecność i zawiadomi mojego ojca który żadnej żywej duszy nie wypuści z królestwa-myślałem nerwowo
Potem wystarczyło zerknąć na Rose i wiedziałem że jest jej potrzebna pilna pomoc, krótko pomodliłem się do Hermesa prosząc o przysłanie Apolla i powiadomienie o tym że mam ranną. Na szczęście Hermes jest najszybszym bogiem na Olimpie i już minutę później Apollo był na miejscu, ja zająłem się maskowaniem śladów obecności życia w Hadesie i dowiedzeniem się jak wygląda sytuacja i czy ktoś wyczuł Lynette a bóg lekarzy zajął się wykonywaniem swojego zadania. Zauważyłem że przy każdym wyjściu z podziemia jest straż co oznaczało że ojciec dowiedział się o żywej duszy, ale najprawdopodobniej nie wie że to Lynette bo oddziały jego zwiadowców przeszukiwały by cały Hades i mnie też by o tym zawiadomił
-Tylko co ja z nią zrobię jak Apollo skończy...-pomyślałem sfrustrowany


 Lynette



 Obudził mnie silny ucisk w rękę, jęknęłam i otworzyłam oczy, leżałam na grubym płóciennym materiale a po mojej prawej siedział jakiś młody blondyn wiążący moją rękę bandażem i mamroczący coś pod nosem. Przestraszona skorzystałam z elementu zaskoczenia i wyrwałam mu rękę z uścisku, kopnęłam w brzuch, a zaraz potem skoczyłam powalając go na ziemię i z całej siły przycisnęłam do jego gardła przedramię
-Ktoś ty i co mi robisz!?- warknęłam wściekle
Od razu po wypowiedzeniu tych słów pożałowałam że w ogóle się odezwałam, cała dygotałam, moje ciało było słabe a zamroczony mózg nie pracował prawidłowo i nie mogłam ułożyć lepszego pytania. Nagły wysiłek spowodował straszny ból w obu rękach i zawroty głowy
-Ej mała, uspokój się!-wycharczał z braku dostępu do powietrza, i uniósł ręce nad głowę
Spojrzałam na niego niepewnie
- Jestem lekarzem! Bogiem! Spójrz na swoje ręce-tłumaczył
Zrobiłam co mówił i rzeczywiście na ręce której nie zdążył zabandażować widniały czerwone szramy, ale były w połowie wygojone. Poluzowałam uścisk i spojrzałam na niego niepewnie
- Co ty z ***orszaku mojej siostry się wyrwałaś? - prychną rozcierając szyję
- Jesteś bogiem?- spytałam niedowierzając
Szczerze nie wyglądał na boga, przynajmniej nie na moje wyobrażenie boga. Lekko kręcone blond włosy, nieskazitelny biały uśmiech, granatowe oczy i opalona skóra bardziej kojarzyły mi się ze "snobem przystojniakiem zapatrzonym tylko w siebie"
- Tak jestem bogiem, i to nie byle jakim- odpowiedział uśmiechając się zalotnie
- Dziewczyny często rzucają się na mnie ale zwykle nie w ten sposób- rzucił z ironicznym uśmiechem
- A propos, nie żeby było mi źle ale mogłabyś zejść ze mnie?-spytał unosząc brew i nonszalancko się uśmiechając
Zrobiłam się cała czerwona, chciałam odpowiedzieć mu jakąś ripostą ale moja głowa nadal za wolno pracowała, więc wstałam i natychmiast zaczęło kręcić mi się w głowie.
Apollo podniósł się z ziemi i podtrzymał mnie, ledwo słaniającą się na nogach a następnie kazał usiąść na miękkim materiale ułożonym na ziemi. 
- Jesteś teraz słaba nie wstawaj- powiedział miękko
-Co się mi stało?
-Napadły cię arai, duchy klątw z każdym zadanym zranieniem uwalniały jedną klątwę którą ktoś na ciebie rzucił. I z tego co widzę to niegrzeczna z ciebie dziewczynka- odpowiedział puszczając do mnie oko
-Kiedy to było?
-Około piętnaście minut temu, a co?
-Skoro było to tak niedawno to dlaczego rany są na wpół wygojone?-spytałam podejrzliwie
- Bo podałem ci silne środki gojące, a nawet odrobinę rozcieńczonej ambrozji żebyś przeżyła, ale twój organizm jest wyczerpany i otumaniony znieczuleniami byś za bardzo nie cierpiała z powodu leczeniem ambrozją która jest żywym ogniem dla śmiertelników-odpowiedział poważnie
-A co działo się przed tym jak zacząłeś mnie leczyć...
-Siedziałem na randce z piękną niczym bogini kobietą-odpowiedział rozmarzony
-Cały czas przed oczami majaczą mi jej złote pukle, a w uszach słyszę jej perlisty śmiech
-A tak w ogóle cały czas układam dla niej poemat pomożesz mi? Nie wiem co ma być po "Jesteś niczym złota róża która me życie odurza" może " Rozpraszasz cały mrok mego serca, który co dzień mnie uśmierca" albo " Twoje oczy jak brylanty, pat...
- Chodziło mi bardziej o to, co ze mną działo się wcześniej- powiedziałam przerywając mu w pół słowa
-Ach, przepraszam, po prostu cały czas o niej myślę- spojrzał na mnie wyrwany z transu
-Po tym jak napadły cię arai uratował cię...
-Ethan!-znów mu przerwałam
-Tak, a potem...
Nie zwracałam już uwagi na Apollina, gdy tylko ujrzałam wyłaniającą się z czarnego dymu sylwetkę Ethana, uradowana chciałam podbiec do niego ale po dwóch metrach upadłam na ziemie męczona pulsującym bólem głowy i trudnością z oddychaniem. Za to on przestraszony przybiegł do mnie z prędkością światła
-Rose, nic ci nie jest?- spytał zatroskany
-Taaak daje radę, tylko się potknęłam o wystający kamień- skłamałam krzywiąc się
Potem chciałam wstać bez jego pomocy ale wtedy wszystko zaczynało wirować i padłam w jego ramiona
-Spokojnie, nic ci się nie stanie jak skorzystasz czasem z mojej pomocy-powiedział Ethan uśmiechając się pobłażliwie
Następnie wstałam wspierana przez jego silne ramiona, czułam się słaba przy nim, nie potrafiłam nawet sama stać! 
- Jestem niezależną kobietą i nie potrzebuję niczyjej pomocy, a z chodzeniem radzi sobie świetnie nawet roczne dziecko!- wybełkotałam, idąc slalomem z podtrzymującymi mnie rękoma Ethana
Im więcej kroków robiłam tym bardziej zaczynała mi się kręcić w głowie, a czarne plamki tańczące przed moimi oczami robiły się coraz większe, a kiedy zdenerwowana swoim stanem potrząsnęłam głową i spróbowałam wyrwać się Ethanowi, stało się to dla mnie wyciśnięciem ostatków energii z mojego ciała i padłam nieprzytomna. Kiedy spadałam i poczułam ramiona oplatające mnie i unoszące do góry usłyszałam jeszcze urywki rozmowy
- Jest za słaba jeszcze na chodzenie, szczególnie ze swoim usposobieniem-powiedział Apollo
-Tak będzie nawet łatwiej- odpowiedział Ethan patrząc na mnie swoimi wesołymi, błękitnymi oczami



  Ethan

 
 Musiałem jak najszybciej zabrać Lynette do pałacu bo straże już zaczęły myśleć że żywa dusza która przedostała się do Hadesu zmarła rozszarpana przez jakiegoś potwora, a jeżeli na powrót ją wyczują to nie odpuszczą. Więc musiałem ją spowić moim mrokiem, co było igraniem z ogniem, bo wystarczyło żebym na chwilę przestał kontrolować czarny dym a spowije słabą Lynette i już najprawdopodobniej jej nie odratuje, przez to wszystko byłem bardzo zdenerwowany. Kiedy wyszedłem z tuneli przecinających Hades znalazłem się w jego centralnej części która była ogromną komorą, a ja znajdowałem się wysoko nad ziemią w połowie przemieniony w mrok z Lynette skrytą za obsydianowym  obłokiem. Pod nami znajdowały się łąki asfodelowe na których było widać pełno dusz ruszających się powolnie i ociężale, były one po prostu połacią ziemi na której "rosła" pożółknięta trawa jakby z niej też uszło życie, całe to miejsce było bezbarwne i bezuczuciowe. Gdy trzymałem się blisko otaczającej wszystko szaro-brązowej skały doszły mnie krzyki z pól kary malujących się w dole, blisko nad nimi skrzeczały rozradowane furie, biczując, ziejąc ogniem i szydząc ze znajdujących się tam łotrów, nad tym miejscem unosiły się kłęby zielonego kwasu który wyżerał wnętrzności jednocześnie je odnawiając żeby cierpienie niosło się bez końca a wszędzie  płoną ogień potem topiła zatruta woda a następnie zalewało całe tamto miejsce powietrze z gazu wszędzie było czuć metaliczny zapach krwi. Za polami kary zioną wielki otwór czeluści Tartaru, gdy przeniosłem się dalej nagle zaświeciło trochę słońca z pól elizejskich-ziemi którą zamieszkiwały dusze które zrobiły wiele dobrego w swoim życiu. Elizjum było w kształcie nierównego koła który porastały zielone pastwiska, lasy i jeziora, było czuć zapach tysięcy kwiatów które porastały całe łąki. Pośrodku było wielki jezioro przez które kraina dobrych dusz stawała się grubym okręgiem w którego środku znajdowały się wyspy błogosławionych na których żyli herosi i bohaterowie, byli tam wiecznie szczęśliwi a nieszczęścia wypuszczone z puszki pandory tam nie obowiązywały w żadnym razie. Przed miejscem w którym dusze spoczywały na wieczność stał długi gruby i ciemny stół z pozłacanymi ornamentami przy którym siedzieli trzej sędziowie Hadesu: Ajakos po prawej, Radamantys po lewej i Mój ojciec Minos pośrodku. Ajakos pokazywał wszystko co dobrego zrobiła dana dusza, Radamantys co złego a Minos osądzał gdzie uda się na wieczność. Za wielkim stołem były trzy drogi którymi udawały się dusze na które został wydany wyrok pierwsza droga prowadziła do Elizjum lub poprzez Elizjum do wysp błogosławionych, druga do łąk asfodelowych a trzecia do pól kary lub Tartaru. Za to przed wielkim stołem piętrzyła się kolejka dusz które czekały na osąd, a porządku pilnował tam piekielny pies Cerber który miał trzy głowy i dziesięć metrów. Żeby dostać się do kolejki trzeba było przepłynąć przez największą rzekę w Hadesie Styks, przewoźnikiem był Charon któremu dusza musiała zapłacić złotą drachmę którą rodzina zmarłego wkładała mu pod język po śmierci. Po lewej stronie od Trybunału Sędziów był duży obszar zajmowany przez wielki Zamek Pana podziemia Hadesa, wokół którego zaczynało bieg pięć rzek krainy śmierci: Kokytos rzeka lamentu, której brzegiem przez sto lat podążały dusze które nie mogły zapłacić Charonowi, Acheron rzeka smutku która opływała całe państwo zmarłych i musiały się przez nią przeprawić dusze żeby dojść do bram Hadesu, Flegeton rzeka ognia z której musiały wypić potępione dusze bo uzdrawiała ciało żeby skazaniec mógł więcej cierpieć i Lete rzeka zapomnienia z której wystarczy upić łyk a zapomina się wszystko. Strzeliste wieże zamku Pana krainy śmierci z połyskującymi czarnymi dachami, spurpurowiałe ściany pałacu zdobione ludzkimi czaszkami i klejnotami, złote okiennice z ciężkimi zasłonami i ogromne czarne wrota do których prowadziły wysokie marmurowe schody ze złotą balustradą. Razem z Lynette kierowałem się do zamku mego ojca który był na północ od gmachu mojego "dziadka stryjecznego" Hadesa, nigdy nie łączyły nas zbyt dobre relacje, bo z różnych powodów wchodziliśmy sobie w drogę częściej niż by nam to odpowiadało. Ale ojciec wprost świetnie się z nim dogadywał i dla tego był bogatszy niż inni sędziowie w Hadesie, Minos miał swój własny pałac w podziemiu który był rekonstrukcją jego zamku gdy królował na ziemi. Położony był na skale o wielkich rozmiarach a prowadziły do niego długie schody wykute w skale na której był położony, drzwi były wspierane na dwóch kolumnach stylu korynckiego z pozłacanymi liśćmi lauru wyrzeźbionymi w górnej części kolumny. Zamek do połowy obrośnięty był gęstym szmaragdowym bluszczem który stanowił kontrast z pustkowiem dookoła, duże ściany w kolorze kości słoniowej i jedna gruba wysoka wieża z dachem w kolorze zaschłej krwi. duże okna stanowiły najbardziej przyciągający oczy punkt w całej budowli, grube złote framugi w pięknych ornamentach wysadzane kryształkami obsydianu i aksamitne ciemno bordowe zasłony wyglądały bardzo efektownie. Gdy zbliżyłem się do schodów postanowiłem się zmaterializować ponieważ nie chciałem zwracać na siebie uwagi, ale Lynette pozostała spętana kłębami ciemnej mgły. Wszedłem starając się by wielkie drzwi nie skrzypiały i udałem się do mojego pokoju przez korytarz, z którego niestety szła odnoga do sali głównej gdzie teraz przebywał mój ojciec, przeklinałem w myślach dlaczego nie ma tam drzwi tylko łuk i dwie kolumny w ścianie. Zbliżając się do miejsca gdzie byłem zagrożony słyszałem ojca sprzeczającego się z jakąś kobietą
-To ****lamia- pomyślałem przypominając sobie że Minos mówił mi o tym spotkaniu
-Nie możesz zabijać MOICH ludzi na MOIM terenie rozumiesz?!!- mówił gniewny Król
-Mogę zabijać kogo chce i gdzie chce-odpowiedział wyzywająco niski głęboki kobiecy głos
-Nie możesz zabijać!!!-rykną wściekle Minos
-Mogę zabijać- odpowiedziała perfidnie Lamia 
-Nie możesz zabijać tego co jest moje bo zmienię podejście do ciebie
-Bo co? Polecisz na skargę do zdechlaka?- zaśmiała się drwiąco
korzystając z tego że ojciec był pogrążony w sprzeczce z Lamią postanowiłem jak najszybciej przejść obok miejsca w którym mógł mnie zobaczyć. Już prawie przeszedłem, znikałem za rogiem gdy po korytarzu rozniósł się silny męski głos
-Ethan?



_______________________________________________________________________________________________________________________________________


I tak oto jesteśmy z nowym rozdziałem i nowymi siłami, baaaaaardzo nam głupio że pomimo obietnic rozdziały pojawiają się coraz rzadziej, ale zamierzamy to zmienić i to na zawsze

Chciałybyśmy się jeszcze was zapyta co myślicie o przeszłości Lynette i Ethana, kim była, kim on był, co ich łączyło i w ogóle 

buuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuziaczki ;-*  ;-*  ;-*******************

Zomiju


 * Hekate- bogini magi i czarów, mieszka (w tym opowiadaniu) w podziemiach Hadesu niedaleko królestwa Nyks, można się do niej dostać przez pałac Minosa.

** Demeter- bogini przyrody, łanów zboża.

*** Orszak Artemidy składał się z nimf które wyrzekły się miłości do mężczyzn, chodzą razem z nią na polowania.

**** Lamia- potwór który zamieniał się w piękną kobietę żeby zwabiać mężczyzn i dzieci a potem je pożerać. A dzieje się tak dlatego gdyż zazdrosna Hera pozabijała dzieci Lamii która miała je z Zeusem, a kobieta pogrążyła się w smutku zmieniając się w potwora.

 

środa, 6 maja 2015

Rozdział XIV Ruiny myśli, życia i świątyni...

 

 Lynette



Szłam przez las myśląc o tym co zrobiłam, nie mogłam uwierzyć w to jak tak bardzo straciłam nad sobą panowanie.
-Co ja zrobiłam!?- myślałam
Przez ten cały czas od kiedy tu jestem, dzieją się ze mną dziwne rzeczy. Czułam się jakbym była jakaś opętana. Wystarczy że coś lekko mnie zasmuci bądź zdenerwuje i wpadam w trans, wszystko zaczyna tracić sens i czuję się całkowicie bezsilna, a gdy się "budzę" wpadam w furię której nie umiem opanować, i tak cały czas, ze skrajności w skrajność.

W oddali zobaczyłam grube, pokryte zielonym mchem drzewo, postanowiłam na nim usiąść i najlepiej zapaść się pod nie ze wstydu. Senny Żar przeleciał mi nad głową i usiadł na gałęzi obok, wpatrując się we mnie wyczekującym wzrokiem
-Co się tak patrzysz- Spytałam zaczepnie
-Widziałeś co ja robiłam?
- Już nigdy nie spojrzę w oczy Ethanowi, i tym bardziej Olimpii-mówiłam rozpaczliwie
-Wszystko było dobrze rozmawiałam z Ethanem, i on pokazywał mi przeszłość, ale nagle ty coś chciałeś, i myślałam że to ważne więc pobiegłam, a tu się okazuje że zniknąłeś!- powiedziałam żywo gestykulując
-Gdyby nie ty hipokryto wszystko potoczyło by się inaczej- warknęłam

Zaczęłam całe tamto spotkanie odtwarzać sobie w pamięci, najpierw rozmowa z Ethanem,
a potem feniks, gdy okazało się, że go nie ma wróciłam, i zastałam Ethana rzuconego w wir walki z Olimpią, tak byli zajęci sobą że nawet mnie nie zauważyli. Chciałam podbiec, rozdzielić ich, nawrzeszczeć na Olimpię, ale wtedy ogarnęło mnie bezgraniczne poczucie bezsilności i smutku, poczułam że to wszystko nie ważne i chciałam oddać się ciemności, wszystkie kolory wyblakły i wszystko co widziałam zaczęło mi się rozmazywać, całe ciało mi zdrętwiało a myśli błądziły w chaosie. Nagle ostre uderzenie chłodu i ciemność, a kiedy się obudziłam, zobaczyłam zatroskaną twarz Ethana pochyloną nade mną i ciepło rozlało się w moim sercu, następnie kątem oka zobaczyłam ruch obok niego i spojrzałam w tamtą stronę, kiedy zobaczyłam Olimpię ogarnęła mnie furia, chciałam nie tylko na nią nawrzeszczeć, chciałam ją zniszczyć i nigdy więcej nie zobaczyć. Dalej było coraz gorzej, zniszczyłam nikłą więź łączącą mnie z Olimpią a na dodatek również z Ethanem. Rzuciłam kamykiem leżącym obok mnie z całej siły w ziemię, spojrzałam na Sennego Żara i powiedziałam sfrustrowana
-Co ja mam teraz zrobić?
Spojrzałam na feniksa, ale on miał odwróconą głowę w bok i nasłuchiwał, potem niespokojnie się poruszył i poleciał na inne drzewo siadając wyżej
- Co go tak przestraszyło- zastanawiałam się zaniepokojona
Zaczęłam wpatrywać się w las i nasłuchiwać, ale nic niepokojącego nie wpadło mi w oko. Wtem zerwał się wiatr i liście na drzewach zaszeleściły złowieszczo, poruszyłam się niespokojnie i zauważyłam jak zza drzewa wyskakuje łania, pędząc galopem, jej srebrna sierść połyskiwała w blasku zachodzącego słońca, złote poroże tliło się jak płomień świecy a kopyta z brązu postukiwały o ubitą glebę. Przestraszona wpatrywałam się w niezwykłe zwierzę, które od razu skojarzyłam z tą łanią ze świątyni. Gdy łania przebiegała obok mnie, z szumu wiatru i liści wyłonił się głęboki kobiecy głos
-Pamiętaj o tym co ci mówiłam...- szeptał, mieszając się z odgłosami lasu
Po tych słowach przed oczami pojawiła mi się twarz dziwnej kobiety którą spotkałam w świątyni, mówiła coś o tym żebym była po jej stronie... i jej oczy, była w nich Olimpia ze sztyletem w dłoni a potm zabiła kogoś...
Kiedy zwierzę utonęło w zieleni lasu i straciłam je z oczu, wszystko ustało, wiatr, szelest liści i kobiecy głos. Zamknęłam oczy potrząsnąwszy głową zdezorientowana, spojrzałam na ognistego ptaka który podleciał trochę bliżej do mnie
-Ogarniasz to?!-Spytałam nic nie rozumiejąc
Szczerze mówiąc trochę przestraszyło mnie to całe zajście, i ta dziwna kobieta. Czy to był tylko wytwór mojej wyobraźni... Nie Senny Żar też to widział. Nie mogłam pojąć co się dzieje, ta kobieta, łania, one obydwie były z tamtej świątyni w której znalazłam się po raz pierwszy. Musiałam tam pójść i ją dokładnie obejrzeć, a jeżeli znów zastanę tam "tę kobietę" to nie odpuszczę póki się czegoś nie dowiem, ile można tak żyć? Coraz więcej pytań i mniej odpowiedzi, mam tylko kilka puzzli a muszę ułożyć cały obraz, bez wzoru,
-Pójdę tam i nie wyjdę jeżeli nie zdobędę choć kilku następnych- pomyślałam zdeterminowana
Spojrzałam chytrze na przebiegłe ptaszysko siedzące obok mnie, on wiedział gdzie jest świątynia, i na pewno jest wmieszany po uszy w tej całej konspiracji
-Senny Żar prowadź do świątyni- powiedziałam rozkazującym tonem wstając
-Pora upolować trochę informacji-dodałam zacierając ręce
Nie będę dłużej tak poniewierana, nie wiem komu ufać i co się ze mną dzieje a o tych transach wole nie wpominać, mam już definitywnie dość.
Senny Żar spojrzał na mnie bystrym wzrokiem i wzleciał do góry, kierując się w gęstwinę drzew,
uśmiechnęłam się lekko, dopiero teraz zauważyłam że to nie jest zwykły ptak.. To znaczy wiedziałam niby o tym wcześniej ale teraz naprawdę to do mnie dotarło, ten zwierz wie więcej ode mnie, wszystko rozumie i czyta w myślach.... Chyba zacznę go doceniać.

Po chwili spostrzegłam, że Senny Żar prowadzi mnie tą samą drogą z której przyszła łania, właściwie to deptałam po jej śladach, zastanawiało mnie co ta łania robiła w pobliżu świątyni. Szliśmy tak przez pewien czas, aż między drzewami zamajaczył mi kawałek kolumny.
-To tu!-zawołałam uradowana
Szybko zaczęłam biec do tamtego miejsca i coraz bardziej nie dowierzałam temu co widzę... Ta świątynia zamieniła się w ruinę! Została zrównana z ziemią. kawałki kolumn układały kształt prostokąta, dachach był zwalony na ziemię, niszcząc posągi i wszystko co tam było, wszędzie były kawałki gipsu i tynku.
-Co się tu stało- szepnęłam w głuchą ciszę, nie oczekując odpowiedzi
Zaczęłam podchodzić do największej kolumny jak się ostała, wyciągnęłam rękę, nie mogąc dowierzać oczom, chciałam ją dotknąć sprawdzić czy to wszystko jest realne. I nagle zmaterializowała się przede mną kobieta, jej kasztanowe, lśniące włosy unosiły się lekko na wietrze, a delikatny diadem ułożony na nich, z sierpem księżyca, połyskiwał takim samym światłem co mój naszyjnik z tym samym kamieniem, tylko że w pełni. W pierwszej chwili zamarłam z na wpół wyciągniętą ręką, i otwartymi ze zdziwienia oczami, ale chwile potem cofnęłam się przerażona
-Kim jesteś- zapytałam, ciężko oddychając
-Osobą która chce tobie pomóc, Lynette- odparła poważnym głosem, kobieta w białym chitonie
Uspokoiłam oddech i stanęłam przed nią odważnie, spoglądając hardo w jej jadeitowe oczy
-To ty mnie tu przysłałaś?-spytałam groźnie
-Nie ja, ale wiem kto to zrobił, i uwierz mi nie chciał dla ciebie najlepszego losu- odpowiedziała kpiąco, kładąc jedną rękę na biodrze
-Ale ja mogę cię uratować- zaproponowała
-Najpierw chcę wiedzieć kto i dlaczego mnie tu przysłał-odpowiedziałam
-A może to ty mnie tu przywlokłaś, wyczyściłaś pamięć i teraz się mną bawisz- dokończyłam podejrzliwie
-Jak śmiesz mnie podejrzewać! Jestem panią lasu, tego wszystkiego co cię otacza i co uratowała twoje życie, córką najwyższego z bogów! A ty mi coś zarzucasz? Proponuje ci pomoc i poświęcenie, a nawet wplątanie się w wojnę, i jak mnie traktujesz! Gdybym tylko chciała jednym ruchem ręki zamieniłabym cię w robaka, a nie bawiła się w wymazywanie pamięci- mówiła coraz ostrzej
Trochę się zawahałam, i nie wiedziałam co odpowiedzieć
-Ale rozumiem twoje zdenerwowanie i puszczę w niepamięć obelgi jeśli mi pomożesz- powiedziała z wyższością
- Co tu się stało...-zapytałam
- Kto to zrobił... Czy to...-spojrzałam na nią oskarżycielsko, ale nie pozwoliła mi dokończyć
-Znów zaczynasz!-wrzasnęła wściekła
-To się stanie z tym miejscem jeśli nie zaczniemy współpracować, sprzymierz się ze mną a wygramy tę bitwę- mówiła z pasją, zaciskając wyciągniętą dłoń w pięść
- Odsuń się od Olimpii, nie wiesz kim ona jest i co robi, myślisz że coś dla niej znaczysz, że jesteście "przyjaciółkami"- kpiła, robiąc króliczki przy słowie "przyjaciółki"
Ta osoba zaczynała mnie denerwować, cały czas ze mnie drwiła jak z jakiejś naiwnej laluni, lub ciągnęła na swoją stronę, czułam się jak marionetka. Zależało mi jedynie na poznaniu prawdy!
- Zostaw mnie, lub powiedz kto mnie tu przywiódł i dla czego, a Olimpii nie masz prawa obrażać przy najmniej przy mnie, na pewno nie będę się sprzymierzać z kimś takim ja ty- odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby
- A poza tym, skoro taka z ciebie wielka boginia, to do czego ci taki nic nie znaczący śmiertelnik mojego pokroju?-kpiłam
-Nie odzywaj się do mnie w ten sposób, bo pożałujesz- warknęła
-Bo co...
-Jeszcze będziesz błagać o przymierze- odpowiedziała groźnie, znów mi przerywając
Gdy tylko wypowiedziała ostatnie słowa, rozpłynęła się w powiewie wiatru, a razem z nim świątynia powróciła do dawnej formy
-Co do...-nie mogłam ubrać tego w słowa
Budowla na moich oczach zmieniła diametralnie swój stan, teraz to już zupełnie nic nie rozumiałam
-Świetnie!-wykrzyknęłam ironicznie
-I po coś mnie tu przywlókł- zwaliłam wszystko na przewracającego oczami ognistego ptaka
Przyszłam po odpowiedzi i co? I na bogów, jeszcze gorzej!
-Niech tartar to wszystko pochłonie-prychnęłam, wściekła
-Wyprowadź mnie z tego powalonego lasu-dokończyłam błagalnie
Senny Żar na te słowa spojrzał na mnie karcąco, i wzleciał do góry, prowadząc mnie znów w głąb zielonej puszczy
-Przez najbliższe sto lat będę miała dość lasu- powiedziałam wkurzona

W czasie wędrówki zaczynało się ściemniać i ta zalegająca cisza była trochę straszna. słychać było tylko machnięcia skrzydeł Sennego Żara moje kroki, i szelest liści w lesie. Zaczynałam się bać więc postanowiłam rozpocząć rozmowę
-Senny Żar?
Ptak odwrócił głowę w moją stronę spoglądając pytająco
-Długo, no nie wiem jak to nazwać... przyjaźnisz się z Olimpią?
Ale on tylko skrzekną coś i uświadomiłam sobie że w ten sposób to my się nie dogadamy....
-Senny Żar? W ogóle co to za imię... takie długie i..... Dziwne
-Można je jakoś zdrobnić? No nie wiem... Może sam Senny lub Żar?- zapytałam zastanawiając się
Wiedziałam że mi nie odpowie ale zawsze był mi raźniej coś mówiąc
-Nie, nie to dziwnie by brzmiało... Wyobrażasz to sobie? "Ej Senny co tam u ciebie?"-parsknęłam śmiechem
-To brzmi jak imię jakiegoś smerfa- nie mogłam opanować rozbawienia 
Ptak spojrzał na mnie i skrzekną oburzony, ale w jego oczach widać było rozbawienie
-Tobie też się nie podoba? No... A może Ser?-wybuchnęłam śmiechem który potoczył się echem między drzewami
Senny Żar tylko wydał jakiś dźwięk który przypominał kpiące parsknięcie,
Zastanowiłam się głęboko i nagle...
-Mam!-klasnęłam w dłonie
-Uwaga.... Będę cie nazywać Płomyk!
-Zawsze chciałam tak dać na imię mojemu kotkowi- powiedziałam radośnie
Tym razem feniks przystaną i spojrzał na mnie z niedowierzaniem
-Co nie podoba ci się? Płomyczku-odparłam drażliwie
Senny Żar zaczął skrzeczeć jak opętany, a chwilę potem rozłożył skrzydła i cały wybuchnął szalejącym ogniem, cofnęłam się i krzyknęłam cicho z zaskoczenia, a ptak spojrzał na mnie triumfująco
-A o to chodzi, nie jesteś płomyczkiem tylko wielkim ogniem...Wiem, ale tu chodzi tylko o zdrobnienie, no weź..-mówiłam próbując powstrzymać śmiech
- Na początku myślałam że ci chodzi o to porównywanie do kota, ale dobrze....-powiedziałam zaczepnie
Feniks zaczął skrzeczeć i się oburzać nie przestając lecieć
-No dobrze uspokój się- odpowiedziałam ulegle
-Płomyczku..-dodałam z uśmiechem na twarzy
Wtedy ptak zaczął się na nowo oburzać, a ja wybuchłam śmiechem.
Senny Żar przyśpieszył tępo, tak że musiałam za nim biec
-Ej, nie tak szybko- wykrzyknęłam sapiąc
Przysiadł na gałęzi, i już miałam coś powiedzieć kiedy zobaczyłam rozciągający się przede mną mur wokół Aten, uszczęśliwiona wpatrywałam się w kamienne bloki
-Już jesteśmy!-powiedziałam radośnie
-Myślałam że dotrzemy tu dopiero po zmroku...- dodałam z uśmiechem
Stałam chwile wpatrując się wyczekująco w feniksa
-Czemu nie idziemy?-spytałam
Ale odpowiedział mi tylko skrzek, wtedy przypomniałam sobie legędy które opowiadała mi Olimpia, o grekach którzy wierzą w mitologiczne stwory które ukrywają się po lasach i nie pokazują się w mieście
-Dobra... Rozumiem...-odpowiedziałam ze smutkiem
-To do zobaczenia Płomyk- rzekłam już tęskniąc za towarzystwem, choćby ptaka
-Życz mi powodzenia!- wykrzyknęłam oddalając się od lasu
W oddali tylko słyszałam poskrzekiwanie, które brzmiało jakby on mówił "nie nazywaj mnie tak!"
Kiedy już przeszłam przez mur, zastanawiałam się gdzie ja w ogóle będę spać....
-No super, i co teraz- mruknęłam do siebie zirytowana
Szłam ulicami mijając domy i zastanawiałam się ile czasu zostawało do zmroku, słońce trochę dzisiaj powariowało, było ledwie szarawo a nawet nie, więc stwierdziłam że trochę go mam na szukanie miejsca gdzie będę mogła się udać. Idąc mijałam greków którzy dziwnie na mnie patrzyli, gdy doszłam na agore, dostrzegłam rónież parę greczynek, co mnie bardzo ucieszyło bo to jednak kobiety. Rozmawiały z mężczyznami a potem pare z nich oddaliło się wraz z nimi, przyglądałam się im kiedy zaczepił mnie jakiś grek
- Piękny dziś wieczór, nieprawdaż- powiedział zalotnie
- Może być tylko nasz, jeśli tylko zechcesz- dodał przysuwając się do mnie
Gy tylko zrozumiałam o co mu chodzi otworzyłam oczy ze zdziwienia, i dałam mu po twarzy, skręcając w inną uliczkę
-Za kogo on mnie wziął?-pomyślałałam
Przypomniałam sobie podobną gromadę kobiet, tylko że większą, kiedy byłam z Olimpią na agorze, wtedy ona prychnęła pogardliwie i szepnęła "*hetery", spytałam się jej co to znaczy i...
-O Hadesie, on wziął mnie za jedną z nich-ciarki przeszły mi po plecach
Musiałam się rozejrzeć tylko nic nie widziałam bo domy mi zasłaniały, musiałam znaleść miejsce z którego będę świetnie widziała całe miasto, wtedy spojrzałam na północną stronę Aten
-Wybieram się na Akropol-powiedziałam cicho do siebie

______________________________________________________________________________________________________________________

 Kolejny rozdział już za nami :D Mamy nadzieję że będziecie komentować i pisać swoje opinie
a następny rozdział będzie w piątek ;)

buuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuziaczki ;-*  ;-*  ;-**
Zomiju

 PS. Ha, Ha w końcu udało mi się go wstawić przed północą  :D
buuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuziaczki

________________________________________________-
*Hetera (gr. hetaíra - towarzyszka) – odpowiednik kurtyzany w starożytnej Grecji. Hetera od zwykłej prostytutki różniła się niezależnością i wysoką pozycją towarzyską. Inna nazwa to córa Koryntu.